Sławomir Tomasz Roch

Spis artykułów, wpisów na blogu:

Waszej Ekscelencji Adolfowi Hitlerowi oddany sługa Andrzej Szeptycki, arcybiskup

Rzeź Kolonii Głęboczyca na Wołyniu

Ludobójstwo w Kolonii Władysławówka na ziemi swojczowskiej na Wołyniu

Papieżu Franciszku męczennica Wołynia Teofila Krochmal…, wpis z 31.10.2016 r.

Maleńkie dzieci zabijali pojedynczymi wystrzałami…, wpis z 26.10.2016 r.

Papieżu Franciszku…, wpis z 31.07.2016 r.

Wpis z dnia 05.05.2016 r.

Wpis z dnia 25-04-2016 r.

Strzeżcie się nienawistni Polacy… – wpis z dnia 21.03.2016 r.

Wpis z dnia 13.03.2016 r.

Wpis z dnia 16.02.2016 r.

Wpis z dnia 12.12.2015 r.

Inne wpisy

Tragiczne wspomnienia Kresowianki z Anglii

Pokuta a nie watykańskie honory dla łotra abp Andrzeja Szeptyckiego ze Lwowa


Waszej Ekscelencji Adolfowi Hitlerowi oddany sługa Andrzej Szeptycki, arcybiskup


Straszne słowa! Zgroza bije z tego tytułu! Jak się to czyta, to nie chce się wierzyć, że mógł to oficjalnie, świadomie i dobrowolnie smarować abp Cerkwi grecko – katolickiej Andrzej Szeptycki ze Lwowa.

A jednak Metropolita Lwowa obrządku grecko – katolickiego dwoił się i troił, by wyprosić zwycięstwo dla Ukrainy, oficjalnie kolaborującej z III Rzeszą Niemiecką Adolfa Hitlera. Przypomniał sobie zatem pewną zakonnicę bazyliankę, która go zapewniała o zwycięstwie nazistowskiej armii Hitlera, bo miał jej o tym: „powiedzieć sam Bóg Ojciec”Starzec uczepił się tej iluzji i napisał list do samego wodza Adolfa Hitlera. List jest pełen pocieszenia dla fuhrera III Rzeszy i być może w ten oryginalny sposób również i sobie władyka dodawał otuchy. Oto poniżej treść tego przesławnego Listu:

„Wasza Ekscelencjo!

Niżej podpisany ukraiński arcybiskup obrządku bizantyjskiego we Lwowie, od wielu lat zna pewną kobietę, która też już wiele lat entuzjazmuje się Fuhrerem i zawsze za Niego się modli. Ta kobieta jest prorokinią mającą często tajemne widzenia, które według zasad mistycznej teologii mogą być uważane za słowa Najwyższego. Kobieta ta prosi mnie o napisanie pisma. Czynię to z ochotą w nadziei, że tym samym spełniam swój obowiązek wobec Waszej Ekscelencji. Prorokini tej powiedziano wiele: Hitler w pokorze prosił mnie o zwycięstwo. Będzie on wysłuchany i zdobędzie największą na świecie sławę, jeżeli wypełni to, czego od niego wymagam. Powinien on w pełnej jednomyślności z głową chrześcijaństwa, Jego Świątobliwością papieżem rzymskim, pomóc chrześcijaństwu w uzyskaniu zwycięstwa… . Jeżeli Wasza Ekscelencja zechce uzyskać więcej danych, tedy jestem do usług. Waszej Ekscelencji oddany sługa Andrzej Szeptycki, arcybiskup”.

Odpowiedź od nazistowskiej bestii, jak się tego należało spodziewać, nie nadeszła! Rodzi się jednak w uczciwym sercu naturalne, inne pytanie, mianowicie czy papież Franciszek który zatwierdził 16 lipca 2015 r. dekrety o heroiczności cnót ośmiorga sług Bożych, w tym greckokatolickiego metropolity lwowskiego Andrzeja Szeptyckiego, wiedział o tym powyższym, haniebnym Liście i znał jego wstrząsającą treść?! Rodzi się też inne b. ważne pytanie, czy Nuncjusz Apostolski abp Celestino Migliore, a potem Jego następca Nuncjusz Apostolski abp Salvatore Pennacchio, przekazują regularnie do Watykanu i do samego papieża, wieści o licznych i b. krytycznych publikacjach w Polsce, względem tego łotra, którego chce się wynieść obecnie na Ołtarze Kościoła?!

Dla przykładu Listę opublikowaną i dostępną obecnie w internecie: „Nie dla beatyfikacji abp Andrzeja Szeptyckiego”, na dzień dzisiejszy podpisało z imienia i nazwiska aż 932 osoby z Polski i całego świata, a 228 innych osób uczyniło to nie ujawniając swoich danych. To wielka rzesza ludzi! Lista ta wciąż jest uaktualniana o nowe wpisy!

Dlatego raz jeszcze: nie bądź bierny! Nie bądź letni! W końcu nie bądź tchórzem i nie bój się mówić tego, co czujesz, o czym dobrze wiesz i co jest zwykłą prawdą. Protestuj i Ty! Masz do tego święte prawo! Możesz tego dokonać jeszcze dziś na specjalnie stworzonej, ku temu stronie pod adresem:

http://www.petycjeonline.com/nie_dla_beatyfikacji_abp_andrzeja_szeptyckiego(link is external

P.S

List Metropolity Andrzeja Szeptyckiego jest to fragment zaczerpnięty z opracowania dostępnego od wielu lat w internecie: „Metropolita Andrzej Szeptycki – wybrane teksty krytyczne”, podkreślenia zaś w tekście, pochodzą od autora bloga S. T. Roch
Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/waszej-ekscelencji-adolfowi-hitlerowi-oddany-sluga-andrzej-szeptycki

 

 

RZEŹ KOLONII GŁĘBOCZYCA NA WOŁYNIU

Głęboczyca znana także niekiedy jako Głęboczyce, to duża kolonia polska w gminie Olesk na Ziemi Włodzimierskiej na Wołyniu. Liczyła 70 gospodarstw w tym tylko cztery rodziny ukraińskie. Tradycyjnie rodziny polskie na Wołyniu, były wielopokoleniowe i wielodzietne, po temu w niektórych gospodarstwach żyło więcej niż jedna rodzina.

Okres miedzywojenny to typowa wołyńska sielanka, ludzie żyli zgodnie i naprawdę szczęśliwie. Wszystko zmieniło się podczas demonicznej II wojny światowej. Oba bezwzględne totalitaryzmy: sowiecki i nazistowski b. szybko odmieniły serca spokojnej ludności ukraińskiej, która zatruta nadto przez nienawistną propagandę OUN – UPA, rzuciła się masowo mordować niewinną ludność polską na Kresach, a w tym i na Wołyniu.

Niemal tradycyjnie zaczęło się od Żydów. Niemal wszystkie pogromy na Kresach, właściwie zawsze zaczynają się od pogromów ludności żydowskiej i tym razem było nie inaczej. Rzeźnikami byli Niemcy, a wydatnie wspierała ich w tych haniebnych mordach pomocnicza policja ukraińska. Po temu od 1942 r. wśród ludności polskiej w kolonii Głęboczyca, ukrywło się wielu Żydów. To kolejny dowód na poczciwość i ofiarność mieszkańców tej kolonii.

Widziałem popa i procesję, słyszałem co śpiewali, a po czasie była ta rzeź diabelska

Pan Dionizy Sobieraj: „Do 29 sierpnia 1943 roku z rodzicami i rodzeństwem mieszkałam we wsi Głęboczyce. Po zajęciu naszych terenów przez wojska radzieckie Ukraińcy pełnili u nich służbę jako policjanci oraz pracowali w urzędach. Po wejściu wojsk niemieckich Ukraińcy od razu służyli nowej władzy również jako policjanci. Od 1942 roku rozpoczęły się wywózki młodych Polaków na roboty do Niemiec. Do wywózek wyznaczała Polaków ukraińska policja. Z mojej rodziny został wywieziony mój brat Kazimierz.

Od 1943 roku zaczęły do nas docierać sygnały o  mordowaniu Polaków przez Ukraińców. Już od wiosny 1943 roku nie było możliwości opuszczenia naszej wsi, dokoła której były posterunki ukraińskie. W naszej wsi mieszkała kobieta o nazwisku Kicka, do której przychodził Ukrainiec, spoza Głęboczycy. Opowiadała, że przynosi jej ubrania z rabunków i morderstw w innych wsiach. W tym czasie przez naszą wieś przejeżdżali furmankami uzbrojeni Ukraińcy. Nie kryli się przy tym ze swymi zamiarami w stosunku do Polaków, śpiewając piosenkę, której treść pamiętam do dziś: ‘Wyrezali my Żydów, Wyreżemy i Lachiw, od małego do starogo. Nie ostaniś ni odnogo’

W tym miejscu chciałbym także dodać, iż przypominam sobie, że w tym okresie Ukraińcy w pobliżu wsi Turyczany obok drogi prowadzącej do Głęboczycy usypali z ziemi kopiec i zatknęli krzyż prawosławny. Było to latem 1943 roku. Wtedy z kolegami ukradkiem zbliżyłem się do tego miejsca. Widziałem procesję ze sztandarami, szedł tam też pop ubrany w szaty liturgiczne. W czasie tej procesji Ukraińcy najpierw śpiewali pieśni cerkiewne, a następnie tę piosenkę, której treść wyżej zacytowałem.

Po zobaczeniu tej procesji uciekłem stamtąd i więcej już tam nie chodziłem. 22 sierpnia 1943 roku na polecenie Ukraińców mój ojciec wyjechał furmanką. Oprócz niego wyjechali także Winiarski, Małecki i Iwański. Wszyscy zostali zamordowani. Następnej niedzieli 29 sierpnia 1943 r. wcześnie rano pędziłem krowy na pastwisko. Tylko zdążyłem wyjść z podwórka, a tu jakiś mężczyzna w pobliżu ogrodu krzyknął ‘Bulbowcy mordują’. Wtedy zauważyłem idących rzędem Ukraińców.

Wówczas szybko wróciłem i poinformowałem mamę i rodzeństwo. Kiedy uciekaliśmy zauważyłem, jak jakiś Ukrainiec uderzył babcię Franciszkę Kazańską ostrzem siekiery. Nie zatrzymując się, uciekałem dalej. Resztę mojej rodziny dogoniłem na skraju wsi. Tam już było dużo ludzi. Wszyscy uciekaliśmy na łąkę. Wkrótce jednak zobaczyliśmy na drodze uzbrojonych Ukraińców. Wtedy prawie cały tłum cofnął się w stronę zabudowań. Nasza rodzina schroniła się w rowie i nim przesuwała się stronę drogi, pozostali zaatakowani zostali przez Ukrainców na koniach. Nie widzieliśmy masakry, ale słychać było przeraźliwe krzyki. Nam udało się szczęśliwie dotrzeć do krzaków. Po jakimś czasie doszliśmy do rzeki Turii, skąd blisko było do domu mamy siostry. Razem z Kubickimi dotarliśmy do Włodzimierza.” [16]

Zatem już od 1943 r. policjanci ukraińscy nękali ludność polską nocnymi rewizjami w poszukiwaniu broni i przechowywanych Żydów. W marcu 1943 r. nacjonaliści ukraińscy zamordowali leśniczego Jana Chodorowskiego. [1]

Pani Lucyna Szubert wspomina: „W naszej wsi i najbliższych okolicach już od pierwszych dni 1943 r. zaczęły się nasilać represje i aresztowania. Mężczyźni i starsza młodzież ukrywali się w zakamarkach zabudowań, piwnicach, na polach, lub w lesie. Aresztowania i rewizje miały miejsce co dnia, bywały i nocami. Zakazane było poruszanie się pomiędzy wsiami. Nie mogliśmy odwiedzać się wzajemnie, kontaktować z ludźmi z innych osiedli”. [3] A pan Jan Winiarski z Głęboczycy napisał po wojnie: „Widziałem nagminne szykanowanie ludności polskiej, szukanie broni, wywożenie młodzieży do Niemiec, mordowanie Żydów”. [4]

Miał połamane ręce i nogi oraz wydłubane oczy

Pani Konstancja Szczepańska pisze: „Pierwsze represje i mordy  w naszej wsi Głęboczyce rozpoczęły się wczesną wiosną  1943 r. po rozbrojeniu załogi niemieckiej przez bandę UPA i spaleniu dworu dziedzica Krzyżanowskiego. Sam dziedzic wyjechał ze swojego majątku, około roku wcześniej. Po tym napadzie nasiliły się rewizje i represje w stosunku do ludności polskiej. Mój mąż Władysław chodząc często po lesie, znajdował zakopane ciała pomordowanych Polaków. Powiadamiał rodziny. Pewnego dnia znalazł zmasakrowane ciało chłopca z naszej wsi Tadeusza Iwańskiego, aresztowanego kilka dni wcześniej. Miał połamane ręce i nogi, wydłubane oczy. Pogrzeb po wcześniejszym  zezwoleniu urządziła mu matka” [5]

Tak oto na oczach zastraszanej, prostej, bezbronnej ludności, drogą przez Głęboczycę nacjonaliści ukraińscy zwozili zwabionych, uprowadzonych, schwytanch, co mężniejszych na kolonii i w całej okolicy Polaków, po czym w pobliskim lesie i na gliniankach mordowali skrytobójczo, stosując b. często okrutne tortury.

Pani Lucyna Szubert: „15 sierpnia 1943 r. przyszło do nas czterech uzbrojonych w karabiny upowców. Wyznaczyli ojca na podwodę. W tym samym dniu razem wyjechali do lasu: ojciec Stanisław Sobieraj, Grela Adam, Wieniarski Michał, Iwański Adam i Lipert. Na każdym wozie siedziało po kilku Ukraińców z bronią. Dowiedzieliśmy się potem, że furmani zaraz po wyjeździe ze wsi zostali związani i już do domów nie powrócili. Zamordowano ich w okolicach staweckiego lasu. W tym czasie jawnie, nie kryjąc się z zamiarami, śpiewali piosenkę: ‘Polaków wyriżem, Ukrainu zbudujem’.” [6]

Pani Konstancja Szczepańska: „Tuż przed samym dniem 29 sierpnia 1943 r., można było zauważyć dziwne zachowanie się Ukraińców w stosunku do ludności polskiej. Omijali oni znajomych, nie chcieli rozmawiać, wcześniej tego nie było” [7]

Mama zaczęła krzyczeć i przestała, gdy ojczym uderzył ją siekierą w głowę, co widziałem

29 sierpnia 1943 r. zbrojna grupa Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), wspierana przez chłopów ukraińskich z sąsiednich wsi, dokonała napadu na kolonię Głęboczyca, podczas którego zginęło około 250 Polaków. Po otoczeniu wsi, tak by nikt nie mógł uciec z masakry, przystąpiono do mordowania, głównie siekierami, widłami, szpadlami, kijami. Nad ofiarami jak zwykle zresztą znęcano się diabelsko, ucinając ręce, nogi, język itp. Co do przebiegu masakry relacje świadków są na ogół zgodne. Atak nastąpił o świcie nad ranem, około 4.00. Na dworze było jeszcze szaro. Większość mieszkańców Głęboczycy została zaskoczona w śnie.Inni zaalarmowani strzałami i przeraźliwymi krzykami tych, którzy już byli mordowani pośpiesznie opuszczali domy i uciekali.

Wspomina Eugeniusz Sobieraj mieszkaniec Głoboczycy: „W niedzielę 29 sierpnia 1943 r. rano, kiedy słońce jeszcze nie wzeszło, mój ojciec Antoni obudził mnie pośpiesznie. Wybiegliśmy na podwórko i usłyszeliśmy rzadkie strzały na naszej kolonii. Z jednego kierunku dobiegł nas krzyk kobiety: ‘O Jezu, Jezu!’ i zaraz zamilkł, z innej strony rozległ się śmiertelny jęk żeńskiego głosu: ‘Jezus, Maria, ratuj!’ i natychmiast ucichł. U Jana Zamrzyckiego słyszałem niesamowity, głośny pisk i krzyk dzieci, który za chwilę także zamilkł.

Wtedy mój ojciec Antoni, matka Ewa, siostra Regina, brat Lucek oraz stryj Marceli z żoną i dwojgiem dzieci zrozumieliśmy, że upowcy mordują Polaków i zaczęliśmy uciekać w kierunku Jagodna. Stryj Marcel przypomniał sobie, że ma zakopany karabin pod gruszą. Więc on, ojciec i ja wróciliśmy, żeby wziąć tę broń. Ale do gruszy nie doszliśmy, ponieważ byli już tam Ukraińcy. Wróciliśmy biegiem do mamy i reszty rodziny. Zobaczyliśmy ich wszystkich pomordowanych w rowie. Mama i stryjenka Marcelowa były przebite widłami w brzuchy, jeszcze się ruszały. Dzieci tak samo zakłute, mocno zbroczone krwią, były już martwe.

Na moment przystanęliśmy przy nich ale widzieliśmy, że nic im nie pomożemy. A tu za nami pędził banderowiec na koniu. Zaczęliśmy uciekać w kierunku gospodarstwa diaka na Jagodnem. Stryjek Marcel odłączył się od nas i pobiegł na grzęzawisko, które było niedaleko. Od tamtej pory nigdy go nie widziałem. Ja z ojcem wpadliśmy na drogę, która była ogrodzona łozowym płotem od gospodarstwa diaka, aż do łąki, na której zostało zamordowane moje rodzeństwo. Gdy Ukrainiec na koniu nas dogonił, ja automatycznie przeskoczyłem przez łozowy płot do sadu, oglądając się, co dzieje się z tatą. Jeździec pędząc na koniu uderzył ojca grubym kijem lub siekierą, ponowił ciosy kilka razy, ojciec upadł. Leżącego bandyta uderzył jeszcze kilka razy, potem ruszył w moim kierunku. Byliśmy w sadzie, nie mógł mnie dogonić. Przebiegłem przez drogę i wlazłem w kopę zboża. Straciłem świadomość. Gdy się obudziłem była noc. Widocznie dostałem wtedy ataku padaczki, która mnie prześladuje do dziś”. [8]

Młody chłopak tak zapamiętał te wydarzenia: „Tej nocy spałem w kuchni, a mama z moim ojczymem Ogniewczukiem w sypialni. Obudziłem się rano i słyszałem, że ojczym wstał i wyszedł na dwór. Popatrzyłem przez okno i zobaczyłem iż bierze siekierę, która była przy pieńku na podwórzu i wraca z nią do mieszkania. Wtedy otworzyłem okno i wyskoczyłem na zewnątrz. Chwilę zatrzymałem się przy oknie pokoju. Wtem mama zaczęła krzyczeć i zaraz przestała, gdy ojczym uderzył ją siekierą w głowę, co widziałem. Wtedy ten człowiek wyskoczył z chaty i zaczął mnie gonić ale ja mając 14 lat byłem młody i uciekłem.

Ten Ogniewczuk wydawał wyroki śmierci na Żydów, Cyganów, a później Polaków. Każdego skazanego przywozili naszym traktorem do glinianki nad Turią, położonej za obejściem Grelii i tam go zabijali. Widział to mój wujek Ulański, który mieszkał po drugiej stronie rzeki. Za rzeką Turią na przeciwko Grzesiaka mieszkał Ukrainiec Trochim, którego Polak bardzo lubił. W dzień napadu Grzesiak i jego żona, zbiegli do ich sąsiada Trochima, ten zamiast ukryć polskie małżeństwo albo sam je zamordował, albo wydał je oprawcom” [9]

Krzyczał do dziecka: czy nie wiesz gdzie dzisiaj jest twoje miejsce

Niektórzy mieszkańcy Głęboczycy uniknęli śmierci, gdyż nie nocowali tego dnia w swoich domach. Wspomina pani Lucyna Szubert zamieszkała obecnie w Koszalinie: „Tę noc cała nasza rodzina spędziła w konopiach. Zbudził nas krzyk sąsiadki Adamkowej: ‘Uciekajcie bo wszystkich mordują’. Było nas pięcioro i mama. Zerwaliśmy się do ucieczki. Pobiegliśmy do sąsiada Ukraińca w b. podeszłym wieku. Ten chwycił widły i wypędził nas z podwórka. Wtedy popędziliśmy do lasu. Po drodze spotkaliśmy dużą grupę ludzi uciekających w tym samym kierunku. Pod lasem moja mama zatrzymała nas na chwilę i skierowała wzdłuż skraju zarośli. Spotkani ludzie pobiegli w głąb lasu, a za nimi ruszyli upowcy. Dopędzili biedaków i mordowali siekierami, bo strzałów nie było słychać. My zaś ile tchu i sił biegliśmy brzegiem lasu w kierunku wsi Orlechówka, tam spotkaliśmy jadące wozy z Niemcami, którzy wybrali się po żywność. Wraz z nimi dotarliśmy do Włodzimierza”. [10]

Pani Ograbek Katarzyna: „Noc z 28 na 29 sierpnia 1943 r. była bardzo niespokojna. W oddali słychać było rżenie koni, wycie psów i odgłosy strzałów. Wyszłam z mężem na podwórko. Ojciec, mama, siostra i brat zostali w domu. Ja i mąż nie wróciliśmy do mieszkania. Ukryliśmy się na strychu w oborze. Nad ranem usłyszeliśmy hałas na podwórku, krzyki mojej rodziny i głośne rozmowy Ukraińców. Chciałam zejść i zobaczyć, co się dzieje ale mój mąż mi nie pozwolił.

Po około 10 minutach wszystko ucichło, na podwórku zrobiło się spokojnie. Dlatego postanowiłam zobaczyć co się stało. Gdy wyszłam na dwór, zauważyłam kilku Ukraińców w obejściu u sąsiada, który właśnie wyprowadzał konia. Jeden z banderowców spłoszył zwierzę a potem uderzył gospodarza jakimś ostrym narzędziem tak, że jego głowa potoczyła się po ziemi. Gdy to zobaczyłam wpadłam do domu, aby ostrzec swoją rodzinę. Jednak było już za późno! Całe mieszkanie pokryły kałuże krwi. Mój ojciec Jan Krakowiak leżał w progu przebity bagnetem, mama Karolina Krakowiak rozciągnęła się na łóżku zalana krwią, z drugiego pokoju dochodziły jęki siostry.

Przestraszona uciekłam stamtąd, wróciłam do męża i o tym wszystkim opowiedziałam. Gdy mąż to usłyszał, wyrwał słomę z dachu, tak abyśmy mogli obserwować, co się dzieje. Za kilka minut tamci znów wrócili na nasze podwórko. Wtedy poznałam jednego z nich. Był to nasz sąsiad Wołodia Tarasiuk oraz inni z sąsiednich wsi. Grupa ta wykopała dół pod progiem naszego domu, a potem zniosła zwłoki moich rodziców i ośmioletniego brata Stefana Krakowiaka  i wrzuciła do tego dołu. W trakcie tego wyszła z domu moja siostra Ania lat 11. Usiadła na drzewie i patrzyła, co robią Ukraińcy z naszymi bliskimi, bardzo płacząc. Nagle przyjechał banderowiec na koniu i zaczął krzyczeć na pracujących, dlaczego tutaj jeszcze nie skończyli, że dawno powinni być w następnej zagrodzie.

Potem zauważył moją siostrę Anię, zsiadł z konia i zaczął na nią wrzeszczeć i spytał: ‘Czy nie wiesz gdzie dzisiaj jest twoje miejsce’, potem złapał ją za włosy, doprowadził do domu i kazał położyć się na ciałach naszych rodziców, ale nie chciała. Wtedy uderzył ją szpadlem w głowę, zachwiała się i wpadła do dołu, ale jeszcze żyła. Oni jednak zasypali dół.

Gdy skończyli, poszli do następnej zagrody naszych sąsiadów Sławskich. Widziałam jak zakopali osiem pomordowanych osób. W pewnym momencie jeden z oprawców złapał małe dziecko za nóżki i uderzył głową o słup, a potem wrzucił do dołu. Zostaliśmy w oborze jeszcze na noc, bo baliśmy się, że kiedy wyjdziemy z ukrycia, złapią nas i zabiją. W dniu 30 sierpnia ukraińscy oprawcy wrócili do Głęboczycy, aby ograbić domy, w których wymordowali wcześniej Polaków. Na drabiniaste wozy, zaprzężone w cztery konie, ładowali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość: ubrania, pościel, meble i inne sprzęty domowe. Zabrali także bydło, konie i inny inwentarz. Gdy odjechali, uciekliśmy w nocy 30 sierpnia. Początkowo ukrywaliśmy się w grobowcu na cmentarzu. Na drugi dzień przedostaliśmy się do Maciejowa, a potem do Chełma”. [11]

Ukraińcy dopędzili je i zarąbali na moich oczach

Lucjan Metrzelski po wojnie mieszkający w Przemyślu wspomina: „Za Polski przedwrześniowej mieszkałem wraz z rodzicami i rodzeństwem we wsi Głęboczyce. Ojciec posiadał średnie gospodarstwo rolne. Nadeszła okupacja hitlerowska, a wraz z nią szerzący się nacjonalizm ukraiński. Powstały bandy UPA głoszące śmierć ludności polskiej na tych terenach.Nad ranem 1 września 1943 r. we wsi Głęboczyce wszystkie zabudowania polskie zostały otoczone przez miejscowych rezunów, uzbrojonych w siekiery i widły. Zaskoczeni Polacy zaczęli uciekać. Ale napastnicy dopadali ich i zarąbywali. Ja miałem wtedy 15 lat. W zamieszaniu wyskoczyłem z domu. Za mną podążyły dwie moje siostry. Ukraińcy dopędzili je i zarąbali na moich oczach. W domu zginęli rodzice i pozostałe rodzeństwo, to znaczy: Metrzelski Stanisław lat 53, Metrzelska Helena lat 43, Metrzelska Zofia lat 18, Metrzelska Helena lat 16, Metrzelska Marcela lat 7, Metrzelska  Krystyna lat 4, Metrzelska Henryka lat 2, Metrzelski Hieronim lat 6.

Ja uciekłem w pole z najbliższym sąsiadem Janem Mamotem. Za nim biegł też jego syn Marian, dopadli biedaka i zabili. Z rodziny Mamota banderowcy zamordowali: Mamot Franciszka lat 40, Mamot Bronisława lat 6, Mamot Helena lat 3, Mamot Marian lat 9, Mamot Władysława           lat 14.

Władysław Siemaszko i Ewa Siemaszko w monumentalnym dziele: „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów uraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945” przy tej miejscowości podają, że ustalono nazwiska 199 osób, Polaków zamordowanych 29 sierpnia 1943 r. i w kilku dniach następnych. Dalej przytaczają wszystkie te osoby z imienia i nazwiska w układzie alfabetycznym.

Na koniec warto jeszcze dodać, że b. duża liczba Ukraińców brała czynny udział w ludobójstwie na Polakach. Napad na Głęboczycę był częścią większej akcji UPA na zachodzie Wołynia. Tego samego dnia wymordowano inne pobliskie miejscowości polskie. Niestety wydaje się, że większość Ukraińców popierała to demoniczne, wołyńskie ludobójstwo, choć zdarzały się i chlubne wyjątki, gdy dwoje dzieci, chłopiec lat 6 i dziewczynka lat 2, zostały dobrodusznie uratowane przez sprawiedliwego Ukraińca Aleksandra Kuszneruka i w 1944 r.  przekazane do PCK w Chełmie Lubelskim. [2]

Po dziś dzień nic niewiadomo, by na terenie dawnej polskiej kolonii Głęboczyca, przeprowadzono ekshumację kości męczenników Wołynia i Kresów. A przecież nie trzeba wydaje się nikomu tłumaczyć dlaczego jest to wciąż niespełnionym obowiązkiem państwa polskiego oraz Kościoła katolickiego, którego wierni Owi nie zostali godnie pochowani, po dziś dzień, choć od zbrodni ludobójstwa upłynęło już de facto 74 lata.

Powższe opracowanie to fragment Pracy Magisterskiej autora bloga S.T. Roch, napisanej pod kierunkiem Prof. dr hab. Mieczysława Tanty, obronionej 9 maja 1997 r. w IH UW, zatytułowanej: „Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich popełnione na Polakach w powiecie Włodzimierz Wołyński w latach 1939 – 1944”

http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/rzez-kolonii-gleboczyca-na-wolyniu

 

 

http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/ludobojstwo-w-kolonii-wladyslawowka-na-ziemi-swojczowskiej-na-wolyniu

LUDOBÓJSTWO W KOLONII WŁADYSŁAWÓWKA NA ZIEMI SWOJCZOWSKIEJ NA WOŁYNIU

 

Inwazja Niemiec hitlerowskich na Rosję sowiecką latem 1941 r. zmieniła wszystko w moim życiu, rozpoczęła się bowiem ciężka, dramatyczna okupacja niemiecka, brzemienna w skutkach dla Polaków na Wołyniu. Póki co przez rok czasu panował u nas względny spokój, Ukraińcy siedzieli cicho, było to jak przysłowiowa cisza przed burzą. Od połowy 1942 r. pojawiły się pierwsze sygnały, że Niemcy wyznaczają młodych Polaków do przymusowej pracy w Niemczech. Nie było to jeszcze poważnym obciążeniem, a zagrożona była najczęściej dorosła młodzież. W naszej okolicy nawet nie było znać ukraińskiej policji w służbie niemieckiej.

Latem 1942 r. Niemcy wysługując się Ukraińcami rozpoczęli również gwałtowną akcję wyniszczania Wołyńskich Żydów. Powszechnie było wiadomo, że zamykają ich w gettach, a potem systematycznie eksterminują. W naszej wiosce wielu gospodarzy polskich przechowywało wielu Żydów i nawet nasi sąsiedzi Nowaczyński Jan i Janina, ukrywali dwie Żydówki i małe dziecko. Ktoś to jednak przyuważył i dosniósł o tym policji ukraińskiej. Do dziś pamiętam jak do naszego domu wpadł wściekły Ukrainiec i krzyczał do mego ojca: „Ty masz Żydów, wydaj ich zaraz tu, bo jak sami znajdziemy, to zabijemy was wszystkich na miejscu!”. Ale nasz tata nikogo nie ukrywał, tak że nikogo nie znaleźli. Niestety u Nowaczyńskich znaleźli i zabrali ze sobą do lasu. Wiadomo co tam z nimi zrobili.

Wiem jednak, że pomimo wszystko, niektórym udało się do końca, do dnia rzezi w naszej kolonii, przechować niektórych Żydów. Dla przykładu Polak z Władysławówki, który mieszkał pod samym lasem, pan Strojwąs, zbudował schron na skraju lasu i tam ukrywał i żywił całą żydowską rodzinę, tak aż po dzień rzezi. Potem musieli uciekać, a jednak udało im się, podobnie i rodzina Strojwąsów przeżyła. Po wojnie osiadła w Hrubieszowskiem na Zamojszczyźnie. Skąd mi to wiadomo? Otóż po wojnie, może w 1964 lub 65 r., raz jeden z mężem odwiedziliśmy pana Strojwąsa i jego rodzinę w ich domu. Byliśmy ciekawi, co stało się z tą rodziną żydowską. O dziwo pomimo tak piekielnych trudności, przeżyli i przedostali się szczęśliwie do Izraela. Po wojnie nie zapomnieli swoich dobroczyńców, ale odnaleźli rodzinę pana Strojwąsa i przysłali specjalne podziękowanie za tak uratowane życie. Mówił nam o tym sam Strojwąs.

Właściwie do zimy 1942 r. było spokojnie i Ukraińcy jeszcze nie atakowali Polaków. Podobnie zima była jeszcze w miarę spokojna i nie znać było obaw przed Ukraińcami. Dopiero od marca 1943 r., tylko śnieg ustąpił, a już tata mówił w domu, że Ukraińcy poczynają mordować Polaków. Gdy przychodziła noc całą rodziną opuszczaliśmy dom i szliśmy spać do sąsiadów Ukraińców o nazwisku Kłosowski. Sytuacja z dnia na dzień stawała się coraz bardziej trudna, tak że co raz to jakaś rodzina potajemnie uciekała do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Właśnie Jan Nowaczyński zabrał swoją rodzinę i wszyscy uciekli do miasta, jeszcze przed zimą 1942 r. . Jego gospodarstwo zajęła ukraińska rodzina znad Buga o nazwisku Kłosowscy i to u nich właśnie czasami ukrywaliśmy się po nocach. Takich Ukraińców Niemcy osiedlili w naszej kolonii ze cztery rodziny.

Dużo więcej Ukraińców znad Buga, było na kolonii Ewin bowiem była to kolonia wcześniej w większości zamieszkana przez rodziny niemieckie. Było nawet 30 numerów – to była duża niemiecka kolonia, podobnie zresztą inna pobliska kolonia Wandywola. Z Polaków na Ewinie to byli właśnie Antoni Kaliniak i Józef Szklarski. Kiedy w 1940 r. Niemcy przez umowę państwową III Rzeszy Niemickiej z Sowietami, wyjechali do Raichu, Sowieci osiedlali na tych opuszczonych już gospodarstwach właśnie owych Ukraińców znad Buga.

Wracam do ciężkiej wiosny 1943 r., otóż w tym czasie często nocowaliśmy także w lesie i na polu. Czuliśmy się zastraszeni i bardzo cierpieliśmy. Nie pamiętam by ktoś na naszej kolonii organizował samoobronę, oddział partyzancki by się bronić, stawić opór w razie napadu. Nie potrafię tego dziś zrozumieć i widzę tę naszą społeczność, taką bezbronną, jak barnki na rzeź prowadzoną. Kiedy się nad tym zastanawiam to przypominam sobie, jak Ukraińcy sprytnie paraliżowali strachem polskie rodziny. Mianowicie przyjeżdżali uzbrojeni Ukraińcy wozami do Władysławówki, chodzili do domów i brali samych młodych mężczyzn, tłumacząc że będą tworzyć w lesie polską partyzantkę w Lesie Świnarzyńskim. To było około kwietnia 1943 r. .

Z naszej kolonii, szczególnie z drugiego końca od Lasu Kohyleńskiego, nabrali wielu chłopaków, razem było może nawet 10, a przy tym tylko 3 banderowców wartowników. Widać było, że samymi rękoma mogli tych Ukraińców podusić. Proste pytanie czemu tego nie zrobili można wyjaśnić jedynie tak, uwierzyli mianowicie w ukraińską zbrodniczą propagandę, o tworzeniu polskiej partyzantki. Pamiętam jaka byłam ciekawa i osobiście z innymi dziećmi pobiegłam na drogę, by poprzyglądać się tym chłopom. Głowy mieli pospuszczane i byli smutni. Tak ich zabrali i z tym dniem wszelki ślad po nich zaginął. Na pewno wszyscy zostali bestialsko pomordowani w lesie. Szkoda że dziś nie pamiętam ich nazwisk ale dwóch rozpoznałam, byli mi bowiem znajomi. Ludzie potem powszechnie mówili między sobą, że na pewno ich zamęczyli, a jednak nikt nie próbował dalej organizować samoobrony. Za to coraz częściej Polacy całymi rodzinami uciekali do miasta.

 

Dni grozy i noce pełne strachu

 

Na wiosnę 1943 r. zmarł mój dziadzio Marcin Kaliniak ale na pogrzeb pojechał tylko nasz tatuś Piotr Kaliniak i jego rodzony brat Antoni. Obowiązywał już wszystkich zakaz uczestniczenia w nabożeństwach w kościele w Swojczowie. Ukraińcy b. obawiali się tłumnych spotkań Polaków przy naszym kościele. Nawet w niedzielę nie chodziliśmy już do kościoła, nawet nasi rodzice. Dlatego też rok 1943 zapisał się w mojej pamięci, czasem bez mszy świętej, innym Polakom z kolonii Władysławówka podobnie. Mszę za dziadzia odprawił nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski, a jego ciało spoczęło na cmentarzu w Swojczowie. Tam też pochowano babcię Teklę, żonę Marcina, która zmarła wiele lat wcześniej.

Dodam jeszcze, że Niemców w 1940 r. w wielkie mrozy woził do granicy na Bugu swoim wozem dziadzio Józef Szklarski i tak się poważnie zaziębił, że po dwóch tygodniach leżenia w łóżku pomarł. Ks Jaworski pochował go także na cmentarzu w Swojczowie. Podobnie babcia Emilia zmarła rok przed wojną w 1938 r. . Osobiście brałam udział w tym pogrzebie i widziałam jeszcze, że mieli Szklarscy na cmentarzu ładny pomnik. Na tę uroczystość przyjechała nawet mama babci Emilii, a moja prababcia Kamińska z Bełżyc w Lubelskiem.

Od maja 1943 r. uzbrojeni Ukraińcy, nie kryjąc się wcale przejeżdżali przez naszą wieś i głośno śpiewali wrogie piosenki, dla przykładu: „Smert, smert Lachom……” . Szczególnie głośnym echem odbiło się w naszych stronach wymordowanie dwóch polskich rodzin: Rudnickich, a jakiś czas potem Romanowskich w sąsiedniej kolonii Augustów.

Prawdziwa tragedia naszej społeczności zaczęła się właściwie od Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 r., kiedy to lotem ptaka dowiedzieliśmy się, że Ukraińcy wymordowali wszystkich mieszkańców Dominopola. Dużej i starej wsi polskiej w naszej parafii. Z tej makabrycznej zbrodni wyratowały się tylko cudem, nieliczne jednostki, często pokaleczone i bliskie obłędu. A to co opowiadano sobie o przebiegu pogromu, mroziło krew w żyłach. Wiedzę o tej tragedii zawdzięczamy panu Nowaczyńskiemu, który cudem zdołał wydostać się z mordowanej i szczelnie pilnowanej przez banderowców wsi. Resztkami sił przedostał się do Władysławówki i schronił się u swojego rodzonego brata. W naszej kolonii wielu było Nowaczyńskich, ten był sąsiadem Ambrożego Schaba. Wieści które przekazywał w oka mgnieniu rozeszły się po naszej okolicy. Moj tata Piotr Kaliniak udał się tam osobiście i wysłuchał uważnie całej tej historii. Kiedy wrócił mówił naszej mamie w domu: „Działy się tam straszne rzeczy, Ukraińcy wymordowali podstępnie wszystkich mieszkańców Dominopola, a sam Nowaczyński wciaż nie może przyjść do siebie.”

Od tego dnia wielki strach padł na wszystkich mieszkańców naszej kolonii. Niemniej jednak nikt z nas nie widział jeszcze wtedy, że takie barbarzyńskie napady miały miejsce, tego dnia w bardzo wielu innych miejscowościach na Wołyniu. Pomimo wszystko u nas nic właściwie się nie zmieniło, ludzie nadal nocami ukrywali się gdzie kto mógł, a w dzień pracowali.

Tak przeszedł w naszych stronach niemal cały lipiec i sierpień i tylko czasami ludzie ze strachem opowiadali sobie, kolejne akty barbarzyństwa ukraińskiego. Pod wpływem tego co się działo mój tata Piotr oraz Ambroży Schab naradzali się wspónie, by zoorganizować ludzi w naszej kolonii i wspólnie uciekać do miasta Włodzimierz Wołyński. Po rozeznaniu sytuacji, przekonali się szybko, że ogół mieszkańców naszej kolonii sprzeciwia się takiej ucieczce. Nawet żona Ambrożego Paulina tłumaczyła, jak to kobieta: „Z czego my tam będziemy żyć w mieście, gdzie my się tam podziejemy?” Tak oto ani samoobrony, ani nawet wspólnej ucieczki, nie udało się w naszej kolonii zorganizować, a oczekiwano po prostu na to, co się dalej wydarzy. Był to poważny błąd bowiem w końcu stało się to, co najgorsze.

 

Banderowskie ludobójstwo na kolonii Władysławówka

 

Napad na naszą kolonię miał miejsce w sierpniu i na pewno w samą niedzielę. O ile dobrze pamiętam było to 21 sierpnia 1943 r., około 6.00 rano. Pamiętam, że tej nocy spaliśmy w polu i właśnie wróciliśmy do domu, rozkręcał się normalny dzień, zwykłe zajęcia przy gospodarstwie. Mama moja Adela Kaliniak z d. Szklarska udała się zwyczajnie do obory, aby wydoić krowy. Ja z siostrą byłyśmy właśnie na podwórku, gdy mama powiedziała do nas: „Słuchajcie co to jest, że ludzie tak krzyczą i ktoś strzela!”

A rzeczywiście gdzieś daleko czasami słychać było co chwilę krzyk i powtarzały się pojedyńcze strzały. Mój tato słysząc to powiedział do nas wszystkich: „Wyskoczę na Ewin do brata Antoniego i zobaczę co to się dzieje.” I zaraz pobiegł przez pola. A ja dalej patrzę i nasłuchuję, bo nasze zabudowania były od drogi kawałek. Na raz patrzę, że z drogi głównej jadą do naszego domu na furmance Ukraińcy, a był ich cały wóz pięciu może sześciu. Zaraz skaczę do mamy i krzyczę, że już z drogi skręcili i jadą na naszą posesję. Mama na to rzuciła wiadro z mlekiem, wyskoczyła z obory i od razu wszyscy pobiegliśmy do naszych sąsiadów Ukraińców o nazwisku Kłosowscy. Stali już na podwórku i byli nie mniej wystraszeni jak my, widać było, że też nie wiedzą co się dzieje. Kłosowski mówi do nas: „Jak Ukraińcy biją Polaków to my was przechowamy ale jak wasi biją naszych, to nas wtedy będziecie ratować.”

Natychmiast wskazał stodołę byśmy się tam mogli dobrze ukryć. Prędko chowamy się zatem, a ja patrzę przez szparę na nasze zabudowania. Widzę bandziorów wyraźnie jak bigają po całym naszym podwórku i bardzo przy tym krzyczą. Widać jak byli wściekli, że zdążyliśmy uciec. Wyskoczyli z podwórka na pole za stodołą, stały tam kopki zżętego zboża. Może dwóch albo i trzech rozrzucało te kopki, tak wściekle nas szukali, sądzili że tam się ukryliśmy. Z pół godziny nas tak szukali po przeróżnych zakamarkach. Nie mogli sobie podarować, że ta polska rodzina zdołała się ocalić. Następnie wsiedli na wóz i odjechali tak jak przyjechali, my jednak pozostawaliśmy w ukryciu przez cały dzień, aż po zmrok.                                                                                                              Tego koszmaru nigdy nie zapomnę, przez cały dzień słychać było strzały i rozpaczliwe krzyki okrutnie mordowanych ludzi. Specjalnie słychać było jęki kobiety, długo się męczyła, może nawet godzinę tak biedna konała, potem wszystko ucichło. Po jakimś czasie Kłosowski powiedział nam, że to Irena Schabowa tak bardzo cierpiała. Przyszedł do nas do stodoły, jeszcze podczas dnia i opowiadał co widział i słyszał. Mówił, że właśnie wrócił z naszej kolonii, chodził tam wraz z innymi cztoroma Ukraińcami. Nakrywali ciała prześcieradłami, a młodzież ukraińska kopała doły i tak oto zakopywali ciała pomordowanych Polaków. Gdy nastał wieczór i wszystko ucichło zobaczyliśmy z ukrycia, że pojawił się ich syn Wacek. Był bardzo zdenerowany, rzcił wprost rowerem i chwilę rozmawiał z rodzicami. Następnie razem przyszli do stodoły, a my opuściliśmy kryjówkę wychodząc do nich.

Zaraz Wacek powiedział do nas: „Musicie uciekać ponieważ my was nie ochronimy od bandytów Ukraińców, gdyż jutro będą szukać po wszystkich domach ukraińskich, czy aby ktoś tam się nie ukrywa.” Widzieliśmy, że całe jego rzeczy były mocno splamione krwią, nie trudno było się domyslić, że brał bezpośredni udział w rzezi na Polakach. Zaraz też rzekł Wacek do swojej matki: „Idźcie matko do domu Kaliniaków i wyjmijcie z ram Obraz Święty i przynieście tutaj.” A do nas tak oto dodał: „Jak was Matka Boża nie ochroni to was nic nie ochroni!”

I rzeczywiście Kłosowska poszła do naszej chaty, wyjęła Obraz z ram, przyniosła i dała naszej mamie. Następnie, nie zwlekając wyprowadził nas Wacek przez pola w stronę Ewina. Usilnie namawiał naszą mamę, by mnie zostawiła z nim ale mama nie zgodziła się. Powiedziała krótko: „Jak zginiemy to wszystkie razem!” Zatem Wacek wrócił się do Władysławówki, a my nocą przeszłyśmy przez kolonię Ewin i zatrzymałyśmy się przy domu Antoniego Kaliniaka. Szukałyśmy tam naszego ojca Piotra, na podwórku nawoływaliśmy, czy może się tam gdzieś ukrywa, może nas usłyszy ale nikt nie odpowiadał. Przeszliśmy więc przez gospodarstwo i skierowaliśmy się na Barbarów.

Jakiś czas potem okazało się, że stryjek Antoni słyszał nas tak nawołujących ale nie wychodził. Poważnie obawiał się, że to sami Ukraińcy zmusili nas do wołania, aby także i ich rodzinę wytropić i zlikwidować. Zatrzymaliśmy się w Barbarowie u Ukraińca o nazwisku Nachwatiuk, którego syn Piotr Nachwatiuk kilka lat wcześniej ożenił się z moją stryjeczną siostrą Antoniną z domu Kaliniak, córką Antoniego. Nachwatiuk poinformował nas, że z naszych nikt do niego jak na razie nie dotarł. Udałyśmy się do lasu, ponieważ mieszkał pod lasem i przeszliśmy około dwóch km, krótko po wejściu do lasu, usłszałyśmy tuż za nami krzyki i strzelaninę. Możliwe, że ktoś nas przyuważył i teraz nas ścigali, chcieli nas tam ponownie pozabijać. Mama na to ukryła nas w chaszczach i gęstwinie i tam nas zostawiła, a sama udała się do Józefa Ostapa. Było to bowiem wciąż niedaleko naszej kolonii Władysławówka.

Ostap był przyjacielem taty. Mama powiedziała mu wszystko i zaraz przyszła do nas jego córka, chyba miała na imię Ewa lat około 25. Zabrała nas do stodoły Ostapa i tam nas dobrze ukryła, przyniosła też rzeczy. Mama wytłumaczyła Józefowi gdzie są zakopane przy naszym domu rzeczy i on rzeczywiście poszedł, odkopał i przyniósł. Te rzeczy w których uciekaliśmy, były już bardzo zniszczone. Ostap poszukiwał i naszego taty Piotra ale bez powodzenia.

Po jakimś czasie dowiedzieliśmy, że nasz tatuś Piotr w tym krytycznym momencie rzezi nie zatrzymał się u brata Antoniego ale z jego podwórka udał się do kolonii Swoczówka, gdzie mieszkała siostra naszej mamy Stanisława Kuczek. Była to mała kolonia zamieszkana przez Polaków, rozłożona nad samym lasem Świnarzyńskim. Rodzina Kuczków posłyszała już strzały i wszyscy powychodzili na podwórko, gdyż do Władysławówki było może tylko 3 km. Naraz przed ich dom wpada nasz tata Piotr i krzyczy, by natychmiast uciekali: „Uciekajcie! Ukraińcy mordują Polaków! Zabili Adelę i jej dzieci!” W pierwszym odbiorze myśleli, że tatuś oszalał, a on widząc że wcale nie reagują na jego słowa, skoczył do lasu nic więcej nie mówiąc. W lesie chciał teraz nieco odpocząć, tymczasem na Świczówce właśnie zaczynał się napad banderowców. Kiedy rodzina Kuczków posłyszała strzały i krzyki mordowanych ludzi na ich kolonii zaraz wszyscy skoczyli do lasu i tam właśnie znowu spotkali tatusia Piotra. W lesie przeczekali całą noc, a rankiem ruszyli do miasta Włodzimierza Wołyńskiego.

Na leśnych drogach spotykali wielu Polaków z różnych miejscowości, wiele było takich rodzin, zapamiętałam dramat jednej z rodzin. Małżeństwo z trzy –  miesięcznym dzieckiem, otóż mąż domagał się natarczywie, by matka dziecko pozostawiła na pastwę losu, lecz ona nie chciała o tym słyszeć, więc zostawił ją z dzieckiem i odszedł sam. Potem okazało się, że z tą chwilą ślad po nim zaginął, a ona i dziecko szczęśliwie przeżyli.

Zanim jednak cała ta grupa uciekinierów trafiła do miasta, przez cały tydzień ukrywali się po leśnych krzakach. My tymczasem nie mieliśmy o tym wszystkim pojęcia. W stodole siedzieliśmy, aż zapadły ciemności. Nocą okazało się, że w jego zabudowaniach ukrytych było znacznie więcej takich osób jak my, kóre teraz powychodziły. Razem było nas 10 osób niedobitków. Pamiętam Polaka o nazwisku Buczek z Władysławówki, innych osób nie znałam bowiem byli z innych miejscowości, przeważnaie ze wsi Dojewa. Była to mała wieś polsko-ukraińska położona niedaleko od Władysławówki, właściwie to byli nasi sąsiedzi. Położona była na łąkach i było tam około 30 domów. Miałam tam jedną koleżankę.

Nas wszystkich jeszcze tej samej nocy przeprowadził sprawiedliwy Ukrainiec Józef Ostap swoimi, sobie tylko znanymi ścieżkami leśnymi, aż w okolice miasta Włodzimierza Wołyńskiego i tam już nas zostawił. Wytłumaczył nam dokładnie drogę do miasta, a sam spiesznie wrócił do domu, też obawiał się bowiem o życie własne i jego rodziny. Szliśmy teraz razem około 1 km, a już powolutku rozwidniało się. Nagle zobaczyłiśmy żołnierzy, którzy z bronią palną biegną w naszą stronę, może było ich trzech, może czterech. Mama kazała nam się przeżegnać, mówiła że to koniec. A mieli do nas 300 m, z tym że byliśmy na łąkach i nie było gdzie uciekać. A to była polska samoobrona. Powitanie było b. radosne, ludzie płakali ze szczęścia. Zaprowadzili nas do wioski, gdzie byli sami Polacy, było tam już dużo polskich partyzantów. Zaraz dali nam pić i mogliśmy odpocząć, a po godzinie szliśmy dalej do miasta, było już tam b. blisko. [fragment wspomnień Reginy Schab z d. Kaliniak z kolonii Władysławówka na Ziemi Swojczowskiej na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S.T. Roch]

 

Wpis z dnia 31 Października 2016r.

http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/papiezu-franciszku-meczennica-wolynia-teofila-krochmal-oddala-zycie-swoje

Papieżu Franciszku męczennica Wołynia Teofila Krochmal oddała życie swoje i dziecka w heroicznej nadziei i z miłości do teściowej

 

Uroczystość Wszystkich Świętych, którą przeżywamy 1 listopada, pozwala nam oddawać cześć i modlić się w jednym dniu do wszystkich Świętych i Błogosławionych Niebiskiego Jerusalem. Znany jest powszechnie b. obszerny poczet zbawionych ludzi, których cnoty zostały uznane za heroiczne i którzy dostąpili łaski i chwały Ołtarzy. Lecz możemy mieć żywą nadzieję, że jeszcze więcej jest w Niebie takich osób, które również swoim życiem zasłużyły na świętość, a które są tam bez naszej ziemskiej wiedzy o tym. Przemawiają za tym fakty z ich poczciwego życia doczesnego, a nawet akty heroicznej miłości, włącznie z oddaniem życia za swojego bliźniego. Dziś w kontekście tych szczególnych dni Oktawy Wszystkich Świętych, ośmielam się prosić publicznie Ojca Świętego Franciszka, by zwrócił uwagę na heroiczną ofiarę czystej miłości Teofili Krochmal, ubogiej chłopki, mieszkanki kolonii Teresin na Ziemi Swojczowskiej.

Ta duża i polska kolonia należała do kat. parafii pw. Narodzenia NMP w Swojczowie na Wołyniu, a ostatnim proboszczem był ks. Franciszek Jaworski. W ostatnich dniach sierpnia ludność kolonii Teresin, została podstępnie napadnięta w nocy przez przygotowanych do rzezi ukraińskich nacjonalistów i niezwykle brutalnie wymordowana. Lecz ci którzy przeżyli tę masakrę oraz ci którzy uciekli wcześniej, zanim doszło do ludobójstwa nie pozwolili, by została zapomniana męczeńska śmierć ich rodzin i sąsiadów. Przez mroczne dziesięciolecia PRL-u, trwała żywa pamięć o Nich właśnie, którzy tam za graniczną rzeką Bug, pozostali już na wieczną wartę. A którzy po dziś dzień leżą tam w przeróżnych jamach, tak jak zakopali Ich, bez jakiegokolwiek pożegnania podli banderowcy.

Wreszcie nastąpił wymodlony i wypłakany dzień 9 sierpnia 1998 r., gdy na symbolicznej mogilę mieszkańców dawnej kolonii polskiej Teresin, stanął symboliczny, duży krzyż. O. Leszek Koszlaga OC i ks. Tadeusz Sokół w obecności świadków tamtej tragedii, poświęcili tego dnia krzyż i symboliczną mogiłę. Na tej uroczystości obecny był Eugeniusz Świstowski, żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK ps. „Dąb” oraz wielu innych, byłych mieszkańców Teresina. Poza tym obecni byli także Stanisław Piwkowski, żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK ps. „Wrzos” i pani Teresa Radziszewska z Zamościa. Podobne uroczystości miały jeszcze miejsce w wielu innych, byłych wsiach i koloniach polskich, w tym i w samym Swojczowie, gdzie krzyż stanął w miejscu zburzonej w sierpniu 1943 r. przez rezunów świątyni.

Oto poniżej dokładny opis heroicznej śmierci Teofili Krochmal oraz innych mieszkańców kolonii Teresin. Wspomina Adela Roch z d. Rusiecka, mieszkanka kolonii Teresin:

(…) Jednego dnia z moją siostrą Janiną Topolanek udałam się do kościoła farnego p.w. świętych Joachima i Anny we Włodzimierzu Wołyńskim na mszę świętą. Gdy przyszłyśmy rano, zobaczyłyśmy, że przy Ołtarzu głównym przy barierce klęczy młody mężczyzna w samej bieliźnie. Byłyśmy tym bardzo zaskoczone, ale chociaż był tyłem do nas wyglądał nam na Stanisława Krochmala z kolonii Teresin. Gdy on się tak modlił ks. Stanisław Kobyłecki udzielił błogosławieństwa, kończącego mszę świętą, podszedł i poprosił go na zakrystię. Tam musieli o wszystkim na gorąco rozmawiać! My tymczasem już domyślałyśmy się, że znów był napad na polską rodzinę, a może nawet pogrom na całej naszej kolonii i byłyśmy bardzo ciekawe, jak on zdołał uciec z rąk tych zbrodniarzy. Czekałyśmy więc cierpliwie na niego w kościele.

Po pewnym czasie, jakieś pół godziny, Stach wyszedł z zakrystii i wtedy miałyśmy okazję zobaczyć, jak bardzo jest zniszczony na twarzy. Nie ogolony, wychudły na twarzy, a oczy zapadły się głęboko, ogólnie wyglądał na bardzo zmęczonego. Znać było po prostu, że jest skrajnie wyczerpany. Kiedy nas zobaczył z początku nie poznał nas, był wyraźnie zdenerwowany i to my pierwsze musiałyśmy zacząć z nim rozmowę. Pytałyśmy go o ostatnie wydarzenia na Teresinie, jak ocalał z rzezi i co stało się z jego rodziną? Jego pierwsze słowa były bardzo wymowne: „To straszne! To straszne!”.

My jednak uprzejmie prosiłyśmy go, nalegałyśmy by powiedział, co się właściwie stało? I chociaż bardzo to przeżywał, powoli przyszedł do siebie i gdy razem opuściliśmy kościół, zaraz jeszcze przy świątyni, zaczął nam na gorąco opowiadać, co się wydarzyło w jego domu, a mówił tak: „Nad ranem przed wschodem słońca, Ukraińcy napadli na nasz dom. Złapali moją mamę i zaczęli bić na podwórzu.Ja i moja żona Teofila siedzieliśmy w piwnicy na polu, tak że wszystko dobrze widzieliśmy z ukrycia. Fila bardzo kochała moją mamę i nie mogła patrzeć, jak się nad nią znęcają, jak ją tak bezkarnie maltretują. Miała nadzieję, że ponieważ jest w ciąży, to jej Ukraińcy krzywdy jakowejś nie zrobią, więc odważnie wyszła ze schronu. Poszła do nich wprost bronić mamy, wstawić się za nią i prosić o jej ocalenie. Tymczasem Ukraińcy wcale z nią nie rozmawiali, ale od razu zaczęli i ją mordować. Na początek rozkrzyżowali i bestialsko, leżącej na ziemi, wbili jej w brzuch pal, powyżej dziecka. Następnie postanowili jeszcze trochę nią zakręcić i zaczęli obracać ją na tym palu, trzymając za ręce i nogi, zrobili z niej taki kierat. Po kilku nieludzkich obrotach, zostawili tak ciało żony i odeszli. Wszystko to widziałem na własne oczy z ukrycia. Matkę oczywiście też zamordowali. Kiedy ci zwyrodnialcy odeszli, ostrożnie podeszłem do najdroższych mi osób i byłem przerażony, gdy zobaczyłem, że te nienarodzone dzieciątko, jeszcze w niej żyło i bardzo się tłukło, bardzo się rzucało. (Staszek w tym momencie się rozpłakał i przez gorzkie łzy raz jeszcze dodał) To straszne. To straszne. Ja już nie chcę więcej o tym mówić, a dajcie wy mi spokój.”. Zapytałyśmy jeszcze tylko, co się stało z resztą jego rodziny, ale on już tylko krótko rzucił: „A ja nie wiem, chyba wybici, jak nie wrócą!”. Po tych słowach odszedł powoli i już więcej nigdy go nie widziałam. Nie wiem co się z nim potem stało, czy przeżył to piekło wojny i wyjechał do wolnej Polski. Natomiast ja i Janina wróciłyśmy do naszego miejsca zatrzymania.

Pamiętam że to była niedziela, po południu wraz z moją siostrą Michaliną, około godziny 16.00 wybrałyśmy się za miasto w okolice, gdzie był dom starców przed wojną. Tam lubiałyśmy spacerować czasami, tym razem spotkałyśmy Polaka, który był żołnierzem służącym w policji polskiej we wsi Chobułtowa. Miał na imię Zenon lat około 22 i przychodził do mojej siostry Michalinki. To on właśnie powiedział nam: „Dziś znaleźliśmy dwóch mężczyzn, którzy uciekli z kolonii Teresin, a którą ostatniej nocy napadli Ukraińcy. Wypytywaliśmy ich co się tam zdarzyło, a oni powiedzieli, że Ukraińcy urządzili rzeź Polaków.”. Zaraz potem rozstaliśmy się, a ja z siostrą szybko wróciłyśmy do naszego tymczasowego domu i zaraz wszystkich poinformowałyśmy o ostatnich, tragicznych wydarzeniach.

 

W pierwszy dzień po rzezi

W poniedziałek rano do naszego domu przy ul. Kowelskiej, ktoś z naszych przyprowadził mieszkankę Teresina Stanisławę Gdyra z d. Brzezicka lat ok. 35. Wraz z nią przyszła pani Krakowiak lat ok. 40 oraz dwoje jej dzieci: Krystyna lat około 10 i chłopiec lat około 6. Wszyscy płakali bardzo i prosili o pomoc dla mężczyzn i tych ludzi, którzy zostali wrzuceni do studni, a którzy może jeszcze żyją. W tej sytuacji nie było czasu do stracenia i ja poszłam z nimi do polskiej żandarmerii w mieście, która powstała pod niemieckim dowódźtwem. Sądziłam że im pomogę ponieważ miałam tam wielu znajomych żołnierzy. Najlepiej znałam Zdzisława Bieliniak lat 20, pochodził z kolonii polskiej Barbarówka. Dobrze znałam też Fabiana Kuszpit lat ok 21, który pochodził z Zastawia w Kohylnie bowiem wiele razy pasłam z nimi krowy na łąkach. Wielu innych poznałam, już w mieście podczas przelotnych rozmów na ulicach miasta Włodzimierza Wołyńskiego.

Kiedy prowadziłam Staszkę i Krakowiaczkę na ten posterunek one zaczęły więcej opowiadać, co tam się wydarzyło. Mówiła przede wszystkim pani Krakowiak, zagadnęłam ją bowiem tak: „Toż pani miała więcej dzieci!”. A ona na to, tak mi wyznała: „Bolek na Wólce u Ukraińców!”. Znałam Bolesława Krakowiak, był o wiele młodszy ode mnie, został oddany na służbę do Ukraińca. Chyba został zamordowany bowiem wszelki słuch o nim zaginął.

A Krakowiaczka mówiła dalej: „Dwoje moich dzieci spało w domu, gdy Ukraińcy zaczęli mordować Teresin. Chciałam je budzić, ratować, ale nia miałam już czasu. Czułam, że zanim je pobudzę, to bandziory złapią nasz wszystkich i pobiją. Pomyślałam sobie, że moje biedne dzieci śpią, to nie będą tak strasznie cierpieć, gdy będą je zarzynać i zdecydowałam się je zostawić, a wziąłam, te które miałam właśnie pod ręką.”. Krakowiaczka miała za męża Władysława Krakowiak i miała z nim dwanaścioro dzieci, w tym: Jan, Stanisław, Zofia, Tadeusz, Józef, Bolesław, Wiktor, Krystyna, tych pamiętam. Mąż pani Krakowiak zmarł jeszcze przed II wojną światową.

Pani Krakowiak była już zatem wdową i było jej b. ciężko wyżywić i wychować, tak wiele dzieci. Po temu szukała wsparcia i zapewne także związała się w latach wojny z żołnierzem sowieckim, który służył w koszarach w lesie kohyleńskim. Miała z nim nawet jeszcze jedno dziecko, to był chłopczyk lat ok 3, on także został zamordowany przez zbrodniarzy ukraińskich.

Byłam w tamtym czasie ciekawska i z wieloma ludźmi rozmawiałam, pytając zawsze o to, co się w ich stronach wydarzyło. To było niesamowite, ale w tamtych dniach powstała między nami wielka solidarność, ludzie byli braterscy, chętnie opowiadali sobie o swoich tragicznych przeżyciach, nawzajem współczuli sobie i tak jak mogli, nawzajem jeden drugiemu pomagali sobie. I ja również nie byłam inna, stąd miałam możliwość poznać wielu Polaków i usłyszeć o niejednej tragedii.

Tak więc poszliśmy do żandarmerii, zawołałam jednego chłopaka, a on Zdzicha Bieliniak, ten zaś nas wysłuchał i mówi tak: „To trochę potrwa, muszę znaleźć dowódcę i opowiedzieć mu wszystko. Ja was rozumiem i chciałbym pomóc, ale ja tu nie decyduję.”. Gdy on odszedł my cierpliwie czekaliśmy, ale to wszystko bardzo się wydłużyło. Kobiety płakały i jęczały: „Ale to długo, ale to długo.!”. W końcu przyszedł jeden z żandarmów i powiedział: „Nie pojedziemy tam, bo mamy inne sygnały groźniejsze!”. Widać było, jak ciężko było mu nam to zakomunikować. Te kobiety były załamane, zaraz po wyjściu rozeszliśmy się i kiedy wróciłam do domu słyszałam wyraźnie mocną strzelaninę. Wracając spotkałam jeszcze starszego gościa i zaczęliśmy rozmawiać. Gdy dowiedział się, że idę od polskiej żandarmerii, powiedział do mnie tak: „A i tu nas wytłuką, o jak tam się biją w Iwaniczach. Spotkałem ludzi, którzy mi opowiadali, że jakiś cywil stamtąd uciekł i dał znać o napadzie Ukraińców na naszych chłopaków.”. Zaraz wróciłam do domu, ale nic nie powiedziałam o napadzie na Iwanicze ponieważ nie chciałam martwić naszej rodziny. Obawiałam się że mamusia będzie bardzo płakała za naszym bratem Leonardem, który tam właśnie służył, wraz z innymi pilnując porządku. (fragment wspomnień Adeli Roch z d. Rusiecka z kolonii Teresin na Ziemi Swojczowskiej na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch)



Wpis z dnia 24 Października 2016 r.

http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/malenkie-dzieci-zabijali-pojedynczymi-wystrzalami-podrzucajac-je-do-gory#comment-1523554

Maleńkie dzieci zabijali pojedynczymi wystrzałami podrzucając je do góry nad jamą śmierci

 

Oto szokujący i bolesny, dokumentalny materiał filmowy z procesu morderców Żydów – członków OUN (B) służących w ukraińskiej policji pomocniczej, następnie będących żołnierzami UPA, Mykoła Dufanc, Artem Bubeła i Filip Rybaczuk. Proces odbył się w 1981 roku w Łucku.

W 1941 roku, w miejscowości Krymnoje, rejon (powiat) starowyżewski, na Wołyniu, powstało getto, gdzie policjanci Dufanc, Bubeła, Rybaczuk i inni dostarczyli 400 Żydów. Później Żydów z getta wypędzili na drogę, ustawili w kolumnę i pod konwojem zapędzili na uroczysko Piesockoje, w miejsce z uprzednio wykopanym dołem. Wszystkim rozkazali rozebrać się do naga. Następnie kolejno, w grupach rodzinnych, Żydzi byli wprowadzani do dołu, układani twarzą do ziemi, a Dufanc z kolegami ich rozstrzeliwali. Maleńkie dzieci zabijali pojedynczymi wystrzałami, podrzucając je do góry. Według zeznań samych sądzonych, egzekucja trwała około czterech godzin. W końcu dobili jeszcze żywych wystrzałami w głowę.

Sądzeni po 40-tu latach zwyrodnialcy, skazani prawomocnym wyrokiem sądowym za dokonane zbrodnie, ponadto brali udział w innych egzekucjach Żydów, Romów i Ukraińców. W lecie 1943 roku te potwory na wezwanie OUN dołączyły do UPA i brały udział w eksterminacji polskich wsi. Podczas tej masakry [w której sądzeni brali udział] ofiary były rozstrzeliwane, topione w studniach, rąbane siekierami, zamordowano około dwóch tysięcy Polaków, mienie ich zrabowano a domy zniszczono. Wraz z nimi [Polakami] zginęło kilku Żydów ukrywających się w tym czasie w tych wsiach.

Ci zbrodniarze, członkowie OUN – UPA, Mykoła Dufanc, Artem Bubeła, Filip Rybaczuk, zostali sprawiedliwie skazani na śmierć i jesienią 1981 roku, dokładnie 35 lat temu, wyrok został wykonany.

W kwietniu 1982 roku Ukraińska Grupa Helsińska nazwała ten proces represjami przeciwko członkom OUN. Aktywnym członkiem UGH w tym czasie był obecny szef WAAD Josip Zissels. W 2016 roku Zissels nazwał prezydenta Izraela Reuwena Riwlina kretynem za to, ze ten oskarżył OUN o współudział w Holokauście.

Warto zatem przypomnieć, że podczas swojego przemówienia przed Radą Najwyższą Ukrainy, Prezydent Izraela Reuwen Riwlin podkreślił, że podczas II wojny światowej Ukraińcy, a przede wszystkim ukraińscy nacjonaliści z OUN, mordowali Żydów. Powiedział to odważnie i w twarz neobanderowcom we wtorek 27 września 2016 r. w ukraińskim parlamencie, przemawiając podczas przesłuchań parlamentarnych z okazji 75. rocznicy zbrodni w Babim Jarze. Mówił: „Około 1,5 mln Żydów zginęło na terytorium dzisiejszej Ukrainy  podczas II wojny światowej w Babim Jarze i wielu innych miejscach. Byli rozstrzeliwani w lasach w pobliżu wąwozów i rowów, schowani w masowych grobach. Wielu wspólników zbrodni było ukraińskiego pochodzenia. A wśród nich wyróżniali się bojownicy OUN, którzy znęcali się nad Żydami, mordowali ich i często wydawali w ręce Niemców.”.

Jak w kontekście tego odważnego wystąpienia, wypada nasz Prezydent RP Andrzej Duda, czyżby obawiał się czegoś, by również odważnie głosić prawdę?! Tymczasem by nie było niedomówień Prezydent Izraela zaznaczył ostro i to, że nie można rehabilitować i czcić antysemitów, uczynił to tymi słowami: „Nie wolno rehabilitować i wychwalać antysemitów. Żadne interesy polityczne nie usprawiedliwiają obojętnego milczenia lub niezrozumiałego mamrotania, jeśli chodzi o struktury antysemickie. Przywódcy państw, którzy podzielają antysemickie, rasistowskie lub neonazistowskie poglądy, nie będą mile widzianymi i pełnoprawnymi członkami rodziny narodów świata.”.

Jak zatem w kontekście powyższych wypowiedzi oceniać postawę abp Ihora Woźniaka, który dopuścił się 27 września 2007 r. publicznie poświęcenia pomnika zbrodniarza Stepana Bandery we Lwowie, ale jeszcze nazwał go wzorem do naśladowania. Już od dawna wiadomo, że Cerkiew grecko – katolicka nie tylko akceptuje gloryfikowanie zbrodniarzy spod znaku OUN – UPA na zachodniej Ukrainie, ale nieustannie prosi także Watykan i samego Ojca Świętego Franciszka, by ogłosił błogosławionym Sługę Bożego abp Andrzeja Szeptyckiego. Tymczasem dla historyków i ludzi interesujących się tą podłą osobistością Kościoła nie jest tajemnicą, że ów dostojnik kościelny nie tylko że był zdrajcą II Rzeczypospolitej Polskiej, ale publicznie błogosławił bestię Adolfa Hitlera i armię hitlerowską. To o był Metropolitą Lwowa, gdy miastem wstrząsnęły niezwykle bestialskie, lipcowe pogromy Żydów i Polaków w roku 1941. To on odpowiada moralnie za opieszałość w reagowaniu na napływające, drastyczne wieści z rozpoczynającego się ludobójstwa wpierw na Wołyniu w roku 1943, a potem i na podlegającym jego bezpośredniej władzy Podolu i Pokuciu. Jego straszne błędy i przewinienia można by tu jeszcze mnożyć i mnożyć, lecz nie o nim jest ten wpis. Reasymując czyżby na Ukrainie i w samej Cerkwi grecko – katolickiej powstał szatański plan, by za wszelką cenę przykryć zbrodnie ukraińskich nacjonalistów.

Również Zissels powiedział, że nikt i nigdy nie postawił UPA przed sądem. Czyżby to był jeszcze jeden ślad potwiedzający, taki właśnie demoniczny plan?! 11 października 2016 roku Lwowska Rada Obwodowa (Wojewódzka) zażądała przeprosin od prezydenta Izraela. [Za oskarżenie OUN-UPA o udział w Holokauście]

Tak się złożyło, że często karę dla ludobójców z OUN – UPA, za mordowanie nie tylko Żydów i Polaków, wymierzali Sowieci. Pod poniższym linkiem znajdziecie Państwo film dokumentalny z procesu trzech spośród tych zbrodniarzy, przyznali się do wymordowania i ograbienia kilku tysięcy Żydów i Polaków.

A ci bandyci z OUN – UPA, którzy uniknęli kary śmierci, obecnie są na Ukrainie nazywani bohaterami, niech nas Bóg broni przed takimi bohaterami! Ten film to kawałek historii… . Można zobaczyć, jak wyglądały te potwory przez ich własne, podłe i zbrodnicze czyny, są z wyglądu podobne do ludzi. Oto ten film, który koniecznie trzeba zobaczyć, a potem polecić i innym, by „chwała zbrodniarzy banderowców” nie zagasła po wieki wieków! Film jest po tekście pt. „Нелюди из ОУН-УПА”.

http://obozrevatel.com/blogs/86950-nelyudi-iz-oun-upa.htm

Wielkie podziękowania dla Oksany Sołopy za pracę w przygotowaniu tego materiału oraz dla Pana Wiesława Tokarczuka z Krakowa, od którego opis procesu i film otrzymałem, by się nim dzielić z każdym kto szuka prawdy. (S. T. Roch)


Papieżu Franciszku, gdy Maksymilian Kolbe… – wpis z 31.07.2016 r.


Wpis z dnia 05.05.2016 r.

niepokorni_20160505_1

niepokorni_20160505_2

niepokorni_20160505_3

niepokorni_20160505_4



Wpis z dnia 25-04-2016 r.

niepokorni_20160425_1 niepokorni_20160425_2 niepokorni_20160425_3 niepokorni_20160425_4 niepokorni_20160425_5



Strzeżcie się nienawistni Polacy nieczyste psy…  – wpis z dnia 21.03.2016 r.


Wpis z dnia 13.03.2016 r.

niepokorni_20160313_1 niepokorni_20160313_2 niepokorni_20160313_3 niepokorni_20160313_4 niepokorni_20160313_5 niepokorni_20160313_6 niepokorni_20160313_7



Wpis z dnia 16.02.2016 r.

niepokorni_20160216_1 niepokorni_20160216_2 niepokorni_20160216_3 niepokorni_20160216_4 niepokorni_20160216_5 niepokorni_20160216_6 niepokorni_20160216_7



Wpis z dnia 12.12.2015 r.

niepokorni_20151212_1 niepokorni_20151212_2



Inne wpisy:

niepokorni_wpis_1_1 niepokorni_wpis_1_2


niepokorni_wpis_2_1 niepokorni_wpis_2_2 niepokorni_wpis_2_3



Tragiczne wspomnienia Kresowianki z Anglii.

Witam i pozdrawiam serdecznie z Watford k. Londynu. W załączniku przesyłam piękne i niezwykle ważne wspomnienia Pani Adeli Roch z d. Rusiecka z kolonii Teresin w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1935 – 1947. Proszę o lekturę i opublikowanie na swojej stronie (jeśli to możliwe), by pamięć o ofierze Kresowian, nigdy nie zagasła, ale by trwała w skarbnicy narodowej, także następnych pokoleń. Oto fragment tych wspomnień:

„[…] I chociaż bardzo to przeżywał, powoli przyszedł do siebie i gdy razem opuściliśmy kościół, zaraz jeszcze przy świątyni, zaczął nam na gorąco opowiadać, co się wydarzyło w jego domu, a mówił tak: „Nad ranem przed wschodem słońca, Ukraińcy napadli na nasz dom. Złapali moją mamę i zaczęli bić na podwórzu. Ja i moja żona Teofila siedzieliśmy w piwnicy na polu, tak że wszystko dobrze widzieliśmy z ukrycia. Fila bardzo kochała moją mamę i nie mogła patrzeć, jak się nad nią znęcają, jak ją tak bezkarnie maltretują. Miała nadzieję, że ponieważ jest w ciąży, to jej Ukraińcy krzywdy jakowejś nie zrobią, więc odważnie wyszła ze schronu. Poszła do nich wprost bronić mamy, wstawić się za nią i prosić o jej ocalenie. Tymczasem Ukraińcy wcale z nią nie rozmawiali, ale od razu zaczęli i ją mordować. Na początek rozkrzyżowali i bestialsko, leżącej na ziemi, wbili jej w brzuch pal, powyżej dziecka. Następnie postanowili jeszcze trochę nią  zakręcić i zaczęli obracać ją na tym palu, trzymając za ręce i nogi, zrobili z niej taki kierat.
Po kilku nieludzkich obrotach, zostawili tak ciało żony i odeszli. Wszystko to widziałem na własne oczy z ukrycia. Matkę oczywiście też zamordowali. Kiedy ci zwyrodnialcy odeszli, ostrożnie podeszłem do najdroższych mi osób i byłem przerażony, gdy zobaczyłem, że te nienarodzone dzieciątko, jeszcze w niej żyło i bardzo się tłukło, bardzo się rzucało. (Staszek w tym momencie się rozpłakał i przez gorzkie łzy raz jeszcze dodał) To straszne. To straszne. Ja już nie chcę więcej o tym mówić, a dajcie wy mi spokój.”
. Zapytałyśmy jeszcze tylko, co się stało z resztą jego rodziny,  ale on już tylko krótko rzucił: „A ja nie wiem, chyba wybici, jak nie wrócą!”. Po tych słowach odszedł powoli i już więcej nigdy go nie widziałam. […]”.

Adela Roch z d. Rusiecka

                                                                                  Z poważaniem

Sławomir Tomasz Roch

 

Pokuta a nie watykańskie honory dla łotra abp Andrzeja Szeptyckiego ze Lwowa

link do artykułu

 

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save