Sławomir Tomasz Roch

Spis artykułów, wpisów na blogu:

Prymasie Wojciechu Polak te dzieci nie tylko gwałcono ale rąbano, wsadzano na sztachety i topiono

Jan Olszewski wybiela i wyświęca krwawego upiora Stepana Banderę

Banderyzm  jak hitleryzm  i stalinizm

Tej nocy z Lasu Świnarzyńskiego wyszły upiory z siekierami na niewinny i śpiący Dominopol nad Turią

Waszej Ekscelencji Adolfowi Hitlerowi oddany sługa Andrzej Szeptycki, arcybiskup

Rzeź Kolonii Głęboczyca na Wołyniu

Ludobójstwo w Kolonii Władysławówka na ziemi swojczowskiej na Wołyniu

Papieżu Franciszku męczennica Wołynia Teofila Krochmal…, wpis z 31.10.2016 r.

Maleńkie dzieci zabijali pojedynczymi wystrzałami…, wpis z 26.10.2016 r.

Papieżu Franciszku…, wpis z 31.07.2016 r.

Wpis z dnia 05.05.2016 r.

Wpis z dnia 25-04-2016 r.

Strzeżcie się nienawistni Polacy… – wpis z dnia 21.03.2016 r.

Wpis z dnia 13.03.2016 r.

Wpis z dnia 16.02.2016 r.

Wpis z dnia 12.12.2015 r.

Inne wpisy

Tragiczne wspomnienia Kresowianki z Anglii

Pokuta a nie watykańskie honory dla łotra abp Andrzeja Szeptyckiego ze Lwowa


Prymasie Wojciechu Polak te dzieci nie tylko gwałcono ale rąbano, wsadzano na sztachety i topiono

 

A dziś tym ludobójcom z OUN-UPA, którzy to z pomocą mocy piekielnych czynili, po całym Wołyniu i Kresach, wystawia się na współczesnej Ukrainie okazałe pomniki, zwie się ich cerkiewnie i państwowo bohaterami. Tylko co skończyła się uroczysta Oktawa Wszystkich Świętych 2019 r., gdy każdy z nas mógł modlić się, prosić, wołać o łaskę zmiłowania dla Tych naszych, którzy tam za graniczną rzeką Bug, zostali już na wieczną wartę. Zarazem już lada dziś wyjdziemy na ulicę, weźmiemy udział w niezliczonych imprezach patriotycznych, będziemy bowiem przeżywać 101 rocznicę odzyskania Niepodległości.

Nadto zaledwie pół roku temu miało miejsce niezwykłe poruszenie w naszym narodzie. Wobec gigantycznego wprost zainteresowania filmem Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”, który w ciągu zaledwie dwóch dni, oglądany był aż 12 mln razy. Konieczne staje się przypomnienie Polsce i światu, iż dziesiątki tysięcy dzieci z Wołynia i Kresów, cierpiały daleko więcej, niźli owe ofiary pedofilów. Naturalne i ze wszech miar chrześcijańsko uzasadnione, staje się przywołanie męczeństwa polskich dzieci, dla przykładu z polskich wsi Swojczów, Teresin i Władzysławówka na Ziemi Swojczowskiej.

Wszak jednak i to trzeba umieć zrozumieć i spamiętać, iż takie zapusty piekielne miały oto miejsce na całym Wołyniu i Kresach. Te niewinne dzieci były nie tylko gwałcone ale były makabrycznie, diabolicznie mordowane na setki sposobów przez zwyrodniałe zastępy banderowców i przez masy zdziczałych, oszalałych chłopów ukraińskich. Po dziś dzień ogromna większość z Nich wciąż nie ma, tam za graniczną rzeką Bug nie tylko, tej samotnej mogiły ale nawet prostego krzyża w miejscu, gdzie ich ciała oprawcy dziko i barbarzyńsko sponiewierane, zwyczajnie bezbożnie porzucili.

A sprawy miały się tak. Otóż gdy od owej Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 r. na Zachodnim Wołyniu, wszędzie dookoła na potęgę mordowano już Polaków, miejscowości jak: Swojczów, Władysławówka, Teresin i wiele innych na razie oszczędzano. Był to jeszcze jeden dowód ich strategicznego znaczenia w rejonie. Wszystko wskazuje na to, że UPA w zaplanowany sposób oczyściła teren dookoła, tych ważnych i mocnych ośrodków polskości, a potem dokończyła swego krwawego dzieła i w samym centrum. Ostateczna rozprawa nastąpiła 31 sierpnia 1943 r. o świcie, kiedy podzieleni na grupy upowcy i chłopi ukraińscy ze wsi Gnojno, Wołczak, Kohylno, Wólka Swojczowska i z wielu innych osiedli, włamywali się siłą do gospodarstw rodzin polskich i barbarzyńsko mordowali ujętych, każdego kto wpadł w ich wilcze ręce. W następnych godzinach całonocnej rzezi, gorliwie przeszukiwane były zabudowania, ogrody, kopki zboża w polu.

Klął przy tym po ukraińsku i bluźnił mówiąc: „Twiordy Lachi!”

 Wspomina Buczkowska z kolonii Teresin: „[…] Tej nocy spaliśmy wszyscy niespokojnie, mój mąż już z wieczora poszedł do stodoły, ale nie wiem czy tam był. Ja spałam w domu ze swoimi dziećmi: z Eugenią, Aleksandrą i Leokadią. Rano wstałam i poszłam wydoić krowę do obory, nagle usłyszałam w wiosce jakieś odgłosy, coś się działo. Wyszłam na podwórko o popatrzyłam na naszą kolonię, zobaczyłam że w naszą stronę idzie dużo ludzi z bronią, poznałam że to Ukraińcy.

Od razu wiedziałam, że idą nas mordować, gwałtownie skoczyłam do naszego domu i krzyknęłam tylko: ‘Uciekajcie bo biją!’ Zaraz po tych słowach, pędem ukryłam się w stodole, gdzie na wszelki wypadek miałam, już wcześniej przygotowany schowek. Teraz przez szparę w stodole, uważnie obserwowałam nasze podwórko patrzyłam, co będzie działo się dalej.

Zobaczyłam jak Ukraińcy wyciągają brutalnie z domu moją mamusię staruszkę oraz moją córeczkę Aleksandrę. Tylko je wyprowadzili, od razu zaczęli je rąbać, mamusia zginęła od pierwszego cięcia, a Olesia poniosła szczególną ofiarę. Gdy bandyta uderzył ją siekierą pierwszy raz, upadła od razu, ale zaraz poderwała się z powrotem, to sadysta ją drugi raz siekierą. Klął przy tym po ukraińsku i bluźnił mówiąc: ‘Twiordy Lachi!’ Po drugim ciosie znów zaklął, bo dziecko i to przetrzymało i poderwało się z ziemi. To on ją trzeci raz ciął w głowę. W tym momencie myślałam, że wprost oszaleję z bólu na miejscu, bowiem z domu, nieoczekiwanie wybiegła, druga moja córeczka Eugenia. Zaczęła błagać o życie siostry, klęczała i prosiła: ‘Panowie nie bijcie!’, ale ledwie wypowiedziała te słowa, a już bandzior palnął ja siekierą w głowę tak mocno, że tym razem poprawiać już nie było trzeba.

Tak konały dwie moje córeczki i mamusia. Olesia na moich oczach dogorywała, widziałam i wraz z nią, niosłam jej śmiertelne drgawki. Eugenia z kolei była jeszcze taka młodziutka, a jednak stać ją było na tak szlachetny czyn, jej śmiercią byłam wprost zdruzgotana, sama się sobie dziwię, że nie zwariowałam. To było straszne, tego się wprost nie da opisać, co czułam, czy w ogóle jeszcze coś czułam. Jeśli człowiek może oszaleć od razu, to taka chwila jest temu chyba najbardziej sposobna. W tym momencie nie wiedziałam gdzie jest moja trzecia córeczka i czy w ogóle przeżyła ten pogrom. Długo tak jeszcze siedziałam i jak ogłuszona patrzyłam przez szpary stodoły na ciała moich najbliższych, zalewałam się przy tym serdecznymi łzami i może właśnie one, uratowały moje życie psychiczne.

Po pewnym czasie dotarło do mnie, że raczej nikt tu już teraz nie przyjdzie, odważyłam się i wyszłam na podwórko do tych moich skarbów, najczystszą krwią opłukanych. Policzyłam ciała, było trzy i gdy wciąż zastanawiałam się, gdzie mogą być jeszcze inni. […]” [1]

 Konno tratował proso długo tak kręcił się by mnie wytropić

 Wspomina Helena Bortnowska ze Swojczowa: „[…]Jak ksiądz Jaworski uciekł od nas, to od tego czasu Ukraińcy poczuli się w Swojczowie, już b. pewnie. Otwarcie przejeżdżali się przez wieś konno i na furmankach, mieli przy sobie ostrą broń i strzelali, trochę na vivat, a trochę na postrach. Co ciekawe jednak, naszych ludzi na razie się nie czepiali, tylko nawoływali, by pracować, żniwa zbierać i dobytku pilnować. Zapewniali przy tym, że żadnego mordowania więcej, już nie będzie i że ludzie mogą spokojnie spać w swoich domach. Zaznaczali dobrodusznie, że teraz oni sami pilnują porządku i naturlanie strzegą bezpieczeństwa pozostałych Polaków. Ponieważ nasi ludzie powszechnie nie ufali już banderowcom, zatem ci wypuścili mnóstwo ulotek, a nawet wieszali plakaty, takie odezwy do Polaków.

Pomimo wszystko nasi ludzie nie dawali wiary banderowcom i raczej powszechnie przeczuwali, że może jeszcze dojść do drugiej fali mordów na ludności polskiej. Po temu niemal powszechnie chowali się i ukrywali, po przeróżnych dziurach i zwykle nie nocowali w domach. A jednak wielu wciąż nie decydowała się na ucieczkę do miasta, tak czekali niejako, co będzie, aż doszło znowu do tego najgorszego.

Mieszkaliśmy do końca sierpnia w Swojczowie w swoim domu rodzinnym. Gdy zaczęła się rzeź Ukraińcy napadli także i na nasz dom, by wszystkich bezlitośnie pomordować. Mama i tato rzucili się do ucieczki, ale oprawcy zdołali ich dopaść i zabili, tymczasem ja i Antoś uciekaliśmy w innym kierunku. Mały mój brat ukrył się w stodole sąsiada Ukraińca, a ja wybiegłam na pole, gdzie rosło proso i tam się zagrzebałam. Niestety jakiś Ukrainiec dostrzegł mnie, jak uciekałam, przyjechał zaraz konno na to pole i tratował proso, by mnie tak wytropić. Długo tak się kręcił, ale choć koń wiele razy mijał mnie o włos, jednak ów rezun nie dojrzał mnie i odjechał.

Po pewnym czasie, gdy zapadły ciemności, usłyszałam w stodole płacz dziecka, podkradłam się tam i nawoływałam cichutko: ‘Antoś, Antoś’, a on mi odpowiedział. Zabrałam więc brata i już razem uciekaliśmy dalej w stronę miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Ciężka i b. niebezpieczna to była droga, natknęliśmy nawet na banderowców, a ponieważ nie było gdzie się ukryć, sama wlazłam do wody, aż po szyję, a brata ukryłam w sitowiu przy brzegu. Stałam tak w wodzie przez dłuższy czas, aż bandery odjechali, a było to dla mnie wielkim cierpieniem. W końcu zostaliśmy sami, ocaleliśmy i znowu ruszyliśmy w stronę miasta, tak właśnie przyszliśmy w końcu na ul. Lotniczą, wyczerpani niemal do granic wytrzymałości. […]” [2]

 Rzeź mieszkańców naszej wsi trwała całą noc i następny dzień

 Wspomina Zofia Hasiak z d. Rusiecka ze Swojczowa: „[…] 30 sierpnia 1943 r., gdy do tego przyszło, właśnie ta Katia przybiegła do mnie i mówi: ‘Zosia uciekaj, ratuj się z dzieckiem. Chodź ukryjemy was! Jakub już wydarł głęboką dziurę w stogu siana.’. Zaufałam jej, bowiem nie miałam nic do stracenia i oto nie wydali nas rezunom, ale dobrze schowali, a miejsce schowka dobrze zabezpieczyli, ubijając za nami siano. Stog siana, w którym nas ukryli, stał zaraz za zabudowaniem, dlatego dobrze słyszałam, jak ‘ryzuny’ wpadli do domu, wyciągnęli Skosalasową i przebili ją bagnetem. Trzymali ją tak nadzianą na ostrze, aż skonała, a jej przeraźliwy krzyk do dziś dzwięczy mi w uszach. Jeszcze jakby dziś słyszę jej rozpaczliwe wołanie: ‘Zabijcie mnie już, a nie męczcie!’. Jej męża Skosalasa zarąbali siekierą w domu.

Rzeź mieszkańców naszej wsi trwała całą noc i następny dzień, w tym czasie dochodziły do nas ogromne jęki mordowanych, męczonych i pokalecznych ludzi, które mieszały się z różnymi wyzwiskami oprawców i innymi krzykami. Wieczorem Katia przysłała małą Haluszkę do stogu, niby to po siano dla bydła, a Haluszka przyniosła chleb i wodę. Trwało to kilka dni, ale dalsze ukrywanie nas było niemożliwe, ponieważ bandyci kłuli widłami stogi z sianem, wciąż szukając ukrywających się. Na szczęście my byliśmy ukryci dość głęboko i znów ocaleliśmy od pewnej śmierci. Jednak i to nie gwarantowało przeżycia, gdyż bandery podejrzane stogi palili, palili także całe polskie zabudowania. […]” [3]

 Siekiery były specjalnie wprawione na długich nowych trzonkach

 Wspomina Bolesław Dolecki ze Swojczowa: „[…] 31 sierpnia 1943 r. o godzinie 03.00 rano zaczęli Ukraińcy ogólne morderstwo po wszystkich wsiach i koloniach. Tak było zorganizowane, że każda wieś ukraińska ma swoich Polaków w tejże wsi, albo przyległej do tej wsi, kolonii wymordować. Nadmieniam, że takie ogólne morderstwa zaczynali Ukraińcy w swoje święta, a przed tymi morderstwami duchowieństwo ukraińskie – popi poświęcali ostre narzędzia – kosy, sierpy itp.. Szli chłopi i partyzanci ukraińscy uzbrojeni w najrozmaitszą broń: w siekiery, widły, kosy i karabiny. Nadmieniam, że siekiery były specjalnie wprawione na długich, nowych trzonkach, wpadali do polskich domów i zabijali wszystkich, bez wyjątku: mężczyzn, kobiety, starców, dzieci, odrąbywano nogi, ręce, dzieci rozdziarano, albo brano za nóżki i głową bito w słupy. Przetrząsano wszystkie zabudowania polskie – ogrody, wszelkie zakątki, odszukiwano ukrytych i mordowano. W innych miejscach znowu spędzano całymi rodzinami do wykopanych przedtem dołów i pomordowanych zakopywano. Za mordującymi chłopami szły kobiety i dzieci, podrostki z furami, pomagali wyszukiwać ukrytych i grabiąc, zabierali, co się dało.

Ja dowiedziałem się że mordują, więc uciekłem na cmentarz. Wylazłem na gęsty świerk i siedziałem cały dzień do nocy. Widziałem jak chłopi ukraińscy i partyzanci obławą chodzili, przeszukując zabudowania, ogrody, kopki na polach, szukając ukrytych, za uciekającym strzelali, na koniach dopędzali i zabijali. Po domach już pomordowanych zabierali świnie, kury, plądrowali i przeszukiwali. Godzina mniej więcej 10.00, przychodzi obława na cmentarz. Czterech z karabinami i siedmiu ze szpadlami. […] Padają dwa strzały: zabili kobietę, Dobrowolską Hannę z synem ze wsi Swojczowa.

Przeszukują krzaki, drugi raz przeszli pod moim świerkiem, na którym siedziałem. Nareszcie słyszę krzyczą: ‘Wyłaź! Wyłaź!’ Znaleźli kobietę z córką, Marię Karandową. Kobieta prosi: ‘Panie Torczyło niech pan nas nie bije!’ Słyszę odpowiedź: ‘Teper ne ma Torczyło. Wyłaź!’ Słyszę jęk kobiety, pada dwa strzały, cisza. Zostali pobici. Szukają dalej, przegartują krzaki. Znowu dwa strzały. Zabili 14 – letnią Potocką, córkę Jana i 15 – letnią Marię Sobiepan, córkę Stanisława. Szukają dalej. […]” [4]

 Już po rzezi na drodze stali czwórkami Ukraińcy

 Polowania na Polaków trwały cały dzień, aż do zmroku, choć akcję właściwie zakończono, już około południa. Naocznym świadkiem tamtych wydarzeń jest również pani Stanisława Sobczuk z d. Rusiecka zamieszkała obecnie w Gdeszynie pod Zamościem. Miała wtedy zaledwie 11 lat kiedy wraz z rodzoną siostrą Jadwigą uciekały, próbując wydostać się z rezunowej matni.

W środku nocy obudził je ogromny huk, potężna eksplozja. Na początku nie wiedziały co się stało, nawet nie przypuszczały, że to płonie już ich kościół pw. Narodzenia NMP w Swojczowie. Po chwili wszyscy zobaczyli jednak w oknie wielką łunę ognia i poznali, że to pali się właśnie kochany kościół swojczowski. Niektórzy wybiegli na zewnątrz i zrobiło się małe zamieszanie, które przerodziło się szybko w panikę.

Wspominają siostry Stanisława i Jadwiga z d. Rusieckie: „[…] Ja z siostrą Jadwigą weszłyśmy na strych domu Iwana i tam ukryłyśmy się. Siedziałyśmy tam cichutko, drżąc całe ze strachu, płakałyśmy i co chwilę nerwowo wyglądałyśmy przez szpary na podwórko i obserwowałyśmy okolicę. […] Po pewnym czasie wydaje mi się, że to było już około południa, usłyszałyśmy zbliżających się ludzi, po głosach poznałyśmy, że to Ukraińcy i niemal od początku wiedziałyśmy, ze to rezuni, którzy właśnie wracają z pogromu, którego dokonali na naszych rodzinach. Zachowywali się bowiem bardzo głośno, a ich radosne okrzyki zlewały się w jedną całość.

Rozgościli się w izbie pod nami, bowiem było to mieszkanie jednoizbowe. Przyjmował ich sam syn gospodarza Ukrainiec Wołodka. Zaczęli pić samogon i gościć się w najlepsze, dużo przy tym wykrzykiwali, wprost okazując radość z dokonanego właśnie mordu na ludności polskiej Swojczowa. Krzyczeli przy tym na cały głos takie oto zdania: ‘Aleśmy Lachom dali. Zabiliśmy wielu, a reszta uciekła! Vivat Samostijna Ukraina!’ Pamiętam również, że podczas tej pijackiej libacji, właściwie każdy z nich, jeden przez drugiego, przechwalali się nawzajem, jak osobiście mordowali swoje ofiary. Opisywali przy tym jak to robili, było to dla nas dzieci dość makabryczne doświadczenie. […] Na skraju wsi mieszkała babcia mojej kuzynki Zosi. Dała nam wody i kazała się schować w fasolę tyczkową.

W tym czasie, gdy nasza grupa chowała się, na podwórze wjechało czterech Ukraińców na koniach. Zaczęli wykrzykiwać: ‘Znajdziemy te polskie bachory!’ Jeden z Ukraińców zobaczył babcię, podjechał do niej na koniu i zastrzelił. Poszłyśmy do popa i udawałyśmy, że jesteśmy dziećmi ukraińskimi. Żeby popa w tym bardziej utwierdzić, wzięłam jego płaczące dziecko na ręce i zaczęłam śpiewać po ukraińsku. Batiuszka być może uwierzył, albo tylko udawał.

Jego dom stał w jednym końcu wsi, a chlew ze świniami w drugim, w pobliżu cerkwi. Dwa razy woził swojej trzodzie jedzenie. Właśnie wtedy już miał wyruszyć furmanką. Poprosiłam, żeby nas wziął ze sobą i wysadził koło domu. Zgodził się. Pamiętam kiedy wiózł, na drodze stali czwórkami Ukraińcy, już po rzezi, a było tych czwórek co najmniej dwadzieścia. Na czele oddziału był nasz sołtys o nazwisku Cebula. Jechaliśmy wzdłuż tego szeregu mając dusze na ramieniu, a nasz sołtys, którego minęliśmy o metr, patrzył na nas uważnie bardzo długo, ale nic nie mówił. Zeszłyśmy z wozu, już niedaleko naszego domu i spotkałyśmy naszą babcię, wspólnie postanowiliśmy uciekać do Włodzimierza Wołyńskiego.” [5]

 ‘Wy Lachie prklatyje! Wy Lachie proklatyje!’

 Wspomina Michalina Krzysztof z d. Rak ze wsi Swojczów: „[…] Tej nocy kiedy był napad Ukraińców na Swojczów, mojego męża nie było w domu, gdzieś jak zwykle się ukrywał. Byłam tylko ja z dziećmi, spaliśmy w swoim domu. Nic nie słyszałam tej nocy, żadnych wrzasków, żadnych pisków, czy wystrzałów. Spokojnie wstałam z łóżka i poszłam do naszej obory krowy wydoić.

Był bardzo wczesny ranek, gdy już zaczęłam pracę, wtedy dopiero usłyszałam dziwny szum, jakieś wrzaski i krzyki, ktoś trzaskał drzwiami. O tej godzinie, było to co najmniej niepokojące, wyjrzałam na dwór i od razu zobaczyłam czterech Ukraińców. Dwóch z nich stało na podwórku i uważnie rozglądali się na wszystkie strony, tymczasem pozostali dwaj szybko wbiegli do mojego domu, gdzie zostały nasze kochane dzieci. W tym momencie nie miałam wątpliwości, że przyszli nas pomordować i natychmiast ukryłam się na stryszku obory w sianie. Straciłam nadzieję, że moje dzieci jeszcze żyją, czekałam cała w lęku, aż do nocy, potem zamierzałam przedostać się do miasta. Jednocześnie obserwowałam, co się dzieje przed naszym domem, na szczęście w czas zauważyłam, że dwóch Ukraińców nie tylko, że nie odeszli, ale zaczaili się w obrębie budynków. Widać było, że czekali, że ktoś jeszcze przyjdzie po dzieci, a wtedy zapewne spotkał by go los wielu innych, po których wszelki słuch zaginął. Widząc, co się dzieje, gdy tylko zapadły prawdziwe ciemności, szczęśliwie niezauważona, z duszą na ramieniu, uciekłam przez błota kohyleńskie do miasta.”. 

Po pewnym czasie Michalina wybrała się do Swojczowa, odnalazła swoje dzieci w swoim własnym domu, a następnie wszyscy razem potajemnie opuścili wieś, uciekając w czwórkę do miasta. Swoje tragiczne przeżycia opowiadała potem tak: „Gdy już uciekałam z dziećmi i byłyśmy, tak blisko upragnionej wolności, noc i strach tak mnie skołowały, że zupełnie straciłam orientację, gdzie się znajduję! Pomimo rozpaczliwych prób odnalezienia się w terenie, wciąż nie mogłam odnaleźć właściwej drogi do miasta, a tymczasem cenne godziny uciekały nam gwałtownie i nieubłaganie.

W końcu zaczął robić się dzień, z każdą chwilą nasze położenie, robiło się coraz bardziej tragiczne. Na domiar złego, pierwsi Ukraińcy poczęli wypędzać krowy do lasu na pastwiska. Niestety jeden z nich zauważył moje biedne dziecięta, natychmiast rzuciliśmy się do panicznej ucieczki, aby tylko dalej od tego miejsca. Ukrainiec okazał się jednak zawziętym bandytą, dosiadł bowiem konia i popędził w las za nami, a mając tak znaczną przewagę, szybko nas dogonił.

Z miejsca zaczął nas brutalnie wyzywać, krzycząc: ‘Wy Lachie prklatyje! Wy Lachie proklatyje!’. Tak wobec nas w głos bluźnił, wyraźnie też zamierzał się z miejsca stratować nas końskimi kopytami, na szczęście w tym przypadku zwierzęcy instynkt, okazał się być większy niż ludzki, zdegenerowany rozum, bowiem jego koń nie chciał na nas nastąpić. Byłam tym wszystkim przerażona, dzieci płakały i piszczały w głos, a on wciąż z konia wydzierał się na nas. To było straszne, potworne, tego wprost nie da się wyrazić słowami, co czuje człowiek w takim momencie. Kiedy porządnie się na nas wydarł, chyba się trochę zdążył przy tym zmęczyć, bowiem nakazał nam iść w stronę wioski. Tymczasem on w krok w krok postępował za nami i starając się co chwilę podjeżdżać nas od tyłu, zadawał ból końskimi kopytami. Przy czym cały czas klął nas i strasznie pomstował na nas, ta droga to był jeden z najcięższych krzyży, jakie poniosłam w swoim życiu.

Tak przyszliśmy na gospodarstwo Polaka o nazwisku Buczko, tam rezun zamknął nas w domowej piwnicy. Gdy tylko zostaliśmy sami w tym lochu, moja najstarsza córeczka, tak do mnie przemówiła: ‘Mamusiu po co Ty po nas przychodziła, Ukraińcy już nam powiedzieli, że nas w cerkwi pochrzczą i my będziemy żyć pośród nich. Tak my by przeżyli i po wojnie, Ty byś po nas przyszła!’. Mimo wszystko, nie traciłam głowy i nadziei, choć zdawałam sobie sprawę, że nasze godziny są już właściwie policzone.

Wtedy zobaczyłam, że jest tam małe okienko, chciałam dalej próbować, ale brakowało sił, ogarniało mnie też zniechęcenie, aby walczyć dalej. Wtedy nieoczekiwanie z pomocą przyszła mi moja największa córeczka, to małe dziecko zdołało usunąć kratę w oknie i mówi do mnie: ‘Mamo wyłaź!’. Jakby ponownie siły we mnie wstąpiły i skoczyłam żywo do okna, usiłowałam się wydostać, niestety drut kolczasty, który tam był zaczepiał się o moje rzeczy, tak że skutecznie uniemożliwiał mi wyjście. W takiej sytuacji zrezygnowana, zsunęłam się z powrotem do piwnic, tymczasem moja mądra córeczka mówi do mnie tak: ‘Zrzuć mamo ubranie wyjdziesz nago, a ja twoje ubranie przerzucę, o nas się nie bój, bo nas Ukraińcy pochrzczą w cerkwi i my będziemy żyli’.

W tej sytuacji, posłuchałem rozumnej rady dziecka i stosunkowo szybko przedostałam się na zewnątrz, niestety zaskrzypiały przy tym nieco druty i gdy tylko stanęłam na ziemi, wyczuły to psy i zaczęły mocno ujadać. Wiedziałam, że jeśli teraz nie ucieknę, to zginę na miejscu. Skoczyłam naga za żywopłot, a potem z całych sił dalej na pole i w bruznę. Rozpaczliwie czołgałam się w stronę pobliskiego strumyczka, podświadomie czułam, że to moja szansa i nadzieja. W końcu dotarłam, przeszłam rów wypełniony wodą i dopiero wtedy przestały szczekać psy, chyba Ukraińcy zrezygnowali z dalszych poszukiwań.

Udało mi się dzięki Opiece Bożej i bardzo ciemnej nocy, inaczej nie miałabym właściwie szans. Podczołgałam się do domu znajomej mi Ukrainki, która nazywała się Kostia Potap. Chociaż znajdowałam się właściwie w środku samej wsi, na wysokości naszej szkoły, poczęłam głośno wołać do okna: „Kostiu otwórz, bo ja goła, daj mi jakie ubranie!”. Na szczęście, po chwili skrzypły drzwi i Kostia podała mi ubranie, mówiąc: „Cicho bądź, bo u mnie w stodole jest właśnie cała banda, właśnie wrócili z Wandywoli i teraz dzielą się łupami!”. Kierując się zapewne starą i sprawdzoną dewizą, że najciemniej jest pod latarnią, zaprowadziła mnie zaraz do tej samej stodoły, przybudówki, która była niejako doklejona i tam mnie ukryła. Tam mogłam się do woli nasłuchać, jak radośnie popijali, jak wesoło rajcowali, czyniąc przy tym nieopisany harmider. Paradoksalnie, właśnie tego hałasu, teraz potrzebowałam najbardziej, gdyż począł męczyć mnie kaszel, nie mogli go jednak usłyszeć, gdyż chwilami nie słyszeli nawet siebie. Rano już ich nie było, ja tymczasem siedziałam w ukryciu, aż do następnej nocy i byłam coraz bardziej głodna. Na szczęście, Kostia okazała się być człowiekiem i nie zapomniała o mnie, ale ostrożnie przyniosła mi coś do zjedzenia. Gdy się trochę posiliłam, a na dworze znów zrobiło się ciemno, zaraz uciekłam przez kohyleńskie błota do miasta. […]” [6]

 Te małe to na sztachetę żywcem nasadził

 Wiele lat po wojnie Polka Janina Topolanek z d. Rusiecka z kolonii Teresin na Wołyniu zdecydowała się odwiedzić swój rodzinny Swojczów. Był to rok 1967. Opowiada, że gdy tak razem z jedną babunią Ukrainką w najlepsze sobie siedziały przed jej chatą, ona sama wspomniała tak: „O Michalinki dzieci, tu u nas zostały, ja je tak bardzo szkodowałam, nosiłam im jeść, pomagałam im jak mogłam. Radziłam tej największej dziewczynce, aby dla rodzeństwa i dla siebie ziemniaków nakopała, nasze jednak, jak mieli ich pomordować, zabrali ich z domu i poprowadzili do piwnicy Buczka.”. I w tym momencie nieznacznie wskazała ręką za mnie i powiedziała znacząco: „O Matryfan Ich pobił!”.

I dodała jeszcze cicho: „Te małe to na sztachetę żywcem nasadził, to większe to niósł w powietrzu za jedną rękę, a w drugiej miał siekierę, którą kilka razy uderzył dziecko w głowę.”. O najstarszym nie wspomniała, bowiem mnie po tych słowach zatrzęsło z bólu i złości i powiedziałam przerywając jej: „Wam to łatwo nie przejdzie, bo my Polacy rozsiani po całym świecie w Ameryce i poza granicami i my o tem nie zapomnimy!”. Ona tymczasem rzekła głośno do swojego sąsiada, który właśnie wyszedł ze swojej chaty po wodę: „Matryfan ty znajesz kto to?! To doczka sołtysa Rusieckocho!”. Ale on, tylko mruknął coś pod nosem i poszedł przez szosę z wodą, przy czym ręka mu się trzęsła jak w galarecie. Widać było gołym okiem, że go ta niespodziewana wizyta, raczej niemile zaskoczyła. […]” [7]

W Swojczowie zginęło co najmniej 88 osób, reszta różnymi drogami przedostała się przeważnie do miasta Włodzimierz Wołyński i na Bielin. Towarzyszył temu ogromny stres i wszechogarniający lęk, gdy niemal za każdym krzakiem i drzewem mógł być zaczajony bandzior z dobrze zaostrzoną i wprawioną siekierą. Tego się nie da opisać, co przeżywały w takich chwilach matki, ich niewinne dzieci, tajemnicą poliszynela pozostaje fakt ile z tego pozostało na zawsze w umysłach i psychice. Czy dziś ktoś o tym pamięta, czy mówi się może o jakimś zadośćuczynieniu dla tych osób?! Pozostawiony dorobek całego życia, a nawet pokoleń rozgrabiła miejscowa ludność ukraińska.

 Rzeź kolonii Władysławówka przewyższyła wszystko co widziano

 Do pełnego obrazu tej karty męczeństwa rodzin polskich, a szeczegónie dzieci z Ziemi Swojczowskiej, brakuje nam zatem tylko choćby jednego świadectwa z kolonii Władysławówka. Wspomina pan Malinowski Władysław z kolonii Augustów: „[…] Po zakończeniu żniw, które przebiegały spokojnie, Polacy zwieźli zboże do stodół. Pod koniec sierpnia usłyszeliśmy krzyki i piski dochodzące z Władysławówki. Wkrótce z tamtej strony przybiegł młody mężczyzna, cały umorusany we krwi i krzyczał aby uciekać bo Ukraińcy we Władysławówce mordują Polaków i zaraz przyjdą na pewno tutaj.

Ludność z naszej wioski zaczęła uciekać w pole i do lasu, każdy chował się gdzie mógł. Ja z żoną i trojgiem dzieci ukryłem się w lesie oddalonym ok. 400 m od naszego domu. Niedługo potem przyszedł pod las znajomy Ukrainiec Pawluk Józef. W trakcie rozmowy z nim dowiedzieliśmy się, że był we Władysławówce i widział pomordowanych Polaków. Tego dnia zginęło tam ok. 250 osób.

Pytany przez nas jak to się stało, powiedział: ‘Napad miał miejsce rano, ok. 50 żołnierzy UPA zdobyło wieś zabijając kilku Polaków, którzy próbowali uciekać. Pozostali bezbronni i sterroryzowani zostali zaatakowani przez przez ok. 150 osób, którzy oczekiwali w rejonie wsi. Była to zbieranina ludzi ok. 150 osób w tym także kobiety, bez broni palnej, uzbrojonych w kosy, siekiery, sierpy, widły noże, cepy, szpadle, grabie, kłonice, orczyki i inne narzędzia stosowane w rolnictwie.

Na dany znak ta masa ludności rzuciła się na Polaków. Rozpoczęła się straszna rzeź. W tym zamieszaniu zabili i swoich. Najgorzej znęcali się nad ostatnimi Polakami. Rozszarpywali ciała, odcinali kończyny, wieszali sztywnych i już zabitych, wydłubywali oczy, obcinali uszy, nos, język, piersi kobietom i puszczali ofiary, inni oprawcy łapali ofiary i dalej męczyli aż do skonania ofiary.

Widziałem jak jeszcze żyjącym ludziom rozpruwano brzuchy, wyciągano rękami wnętrzności ciągnąc kiszki. Widziałem jak gwałcili kobiety, potem wbijali je na kołki, jak stawiali żywe kobiety nogami do góry i siekierą rozcinali na dwie połowy. Innych topiono w studniach. Nigdy w życiu nie widziałem i nie słyszałem o czymś podobnym, stwierdzając, że ktoś kto tego nie widział na własne oczy nie będzie w stanie w to uwierzyć.

Po wymordowaniu ludzi wszyscy rzucili się na dobytek. Rabowali wszystko co przedstawiało sobą jakąkolwiek wartość, często wydzierając sobie wzajemnie z rąk, co cenniejsze przedmioty. Zdarzały się nawet bójki ze skutkiem śmiertelnym’.

Siedzieliśmy w lesie trzy dni. W tym czasie Pawluk Józef przynosił nam żywność. Namawiał nas do ucieczki, gdyż tu grozi nam stałe niebezpieczeństwo a on nie może stale narażać siebie i swojej rodziny. Za pomoc Polakom groziła śmierć, w najlepszym przypadku dotkliwe pobicie.

Posłuchaliśmy jego rady i nocą wyruszyliśmy w stronę Włodzimierza, gdzie dotarliśmy nad ranem. W związku z tym, że w samym Włodzimierzu również były wypadki skrytobójczych mordów na Polakach, wyjechałem z rodziną do Bielina. W Bielinie byliśmy tylko jedną noc, wobec tego, że tam również trwały walki z nacjonalistami ukraińskimi wyjechaliśmy z powrotem do Włodzimierza, skąd w lutym 1944 r. wyjechaliśmy do Hrubieszowa.

Tam spotkałem Bis Kajetana lat 52, sąsiada z Augustowa, który opowiedział mi jak zginął mój brat w Augustowie: ‘Kiedy zaalarmowany o mającym nastąpić lada chwila ataku Ukraińców chciałem uciekać, zauważyłem chmarę rozjuszonych rezunów idących na naszą wieś od strony Władysławówki. Nie mając już czasu na ucieczkę ukryłem się w kopie zboża, blisko domu Malinowskiego Franciszka.

Widziałem przez szpary w snopkach, jak cała rodzina Malinowskich, teściowa,  żona Kazimiera i czworo dzieci w wieku 2, 3. 4 i 5 lat usadowili się na wozie i czekali na ojca aby uciekać. Na tej furmance dopadła ich rozjuszona banda i bestialsko wymordowała całą rodzinę. Kobiety były przed zabiciem wielokrotnie gwałcone przez kolejnych napastników. Dzieci przebijane były widłami i rąbane siekierami. W trakcie tego wrócił Franciszek Malinowski, który schwytany przez oprawców zakatowany został na śmierć. Ciała pomordowanych zakopane zostały obok drogi, przy froncie mieszkania. Kilku sprawców rozpoznałem, byli to chłopi z przyległych wiosek. […]” [8]

Takie świadectwa można właściwie przytaczać w nieskończoność, niech jednak w tym momencie i przy tym wpisie te wystaczą……

 Przypisy:

[1] [Sławomir Roch, Wspomnienia Janiny Topolanek z d. Rusiecka ze wsi Teresin na Wołyniu, Glasgow 2011, s.28]

[2] [Sławomir Roch, Wspomnienia Lucyny Schiesler z d. Różycka z kolonii Mikołajpol na Wołyniu, Glasgow 2014 r, s. 13-14]

[3] [Sławomir Roch, Wspomnienia Petroneli Władyga z d. Rusiecka ze wsi Swojczów na Wołyniu, Glasgow 2011 r., s. 36-37]

[4] [Leon Karłowicz, Leon Popek, Śladami Ludobóstwa, Lublin 1998, s. 321-325]

[5] [Sławomir Roch, Wspomnienia Stanisławy Sobczuk i Jadwigi Bożenckiej z d. Rusieckie ze wsi Swojczów na Wołyniu, Zamość 2004 r., s. 2-3]

[6] [Sławomir Roch, Wspomnienia Janiny Topolanek z d. Rusiecka ze wsi Teresin na Wołyniu, Glasgow 2011, s. 34-35]

[7] [Sławomir Roch, Wspomnienia Janiny Topolanek z d. Rusiecka ze wsi Teresin na Wołyniu, Glasgow 2011, s. 36]

[8] Gł.ówna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IV/81.

Wpis pochodzi z bloga Sławomira Tomasza Rocha – link.


Jan Olszewski wybiela i wyświęca krwawego upiora Stepana Banderę

Skandal! Były Premier RP Jan Olszewski udzielił wywiadu dziennikowi „SuperExpress”, w którym przekonuje, że Bandera nie odpowiadał za Rzeź Wołyńską i odegrał niezwykle ważną rolę w historii walki Ukraińców o niepodległość. Naturalnie podle kłamie, całkowicie się zarazem kompromitując i jest absolutnie jasne, iż winien publicznie przeprosić, musi też haniebne słowa o braku odpowiedzialności Bnadery za ludobójstwo, jak najszybciej odwołać! To skandal! To osobista hańba Olszewskiego!

Tymczasem on idzie nawet dalej i uważa, że penalizacja gloryfikacji zbrodni ukraińskich nacjonalistów oraz propagowania banderyzmu w ogóle nie powinna znaleźć się w nowelizacji ustawy o IPN, ponieważ „temat stosunków polsko-żydowskich jest zbyt ważny, by mieszać go z innymi sprawami”. W jego ocenie „wrzucenie tego do jednej ustawy ma charakter czegoś pomiędzy obsesją a dywersją”.

Następnie pomijając bezczelnie ogólnodostępne dokumenty i ogólnoznane fakty o fundamentalnym wkładzie Stepana Bandery w rozwój zbrodniczego ukraińskiego nacjonalizmu, Olszewski stwierdza: „Ale chciałbym bardzo mocno podkreślić i dać pod rozwagę – ten człowiek nie miał ze zbrodnią wołyńską nic wspólnego”. Po czym przekonując rozwija, iż „Przecież całą akcję wołyńską przeprowadzano wtedy, gdy Bandera był już uwięziony przez Niemców. Myślę nawet, być może wiele osób się tu obruszy, że gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło. Po prostu był politykiem myślącym, miał wielki zmysł polityczny i zdawał sobie sprawę z tego, że po Stalingradzie i klęsce Niemców wynik wojny jest już w zasadzie przesądzony, a akt ludobójstwa wobec ludności polskiej mógł służyć tylko jednej stronie – stronie sowieckiej. A na pewno bardzo szkodził sprawie zarówno polskiej, jak i ukraińskiej. I tylko ta trzecia strona może się z tego cieszyć. Bandera by to zrozumiał”.

Naturalnie zastanawiałem się na gorąco w komentarzach, jak można publicznie pisać takie banialuki, tak obrzydliwie kłamać, tak podle usprawiedliwiać jednego z największych zbrodniarzy wszechczasów?! Jak Pan Olszewski śmie, jako prawnik i mecenas, mówić Polakom publicznie, jakoby tylko o jednej zbrodni na Ministrze Pierackim, tego krwawego upiora Bandery!? A kto odpowiada za innych zamordowanych w II Rzeczypospolitej Polskiej, gdy Bandera był szefem OUN-B, to niby on o niczym nie wiedział?!

Zgroza! Pan Jan Olszewski całkowicie się publicznie skompromitował! Stepan Bandera był b. długo przywódcą OUN i to on przygotowywał wraz z innymi kompanami podstawy pod rzeź na Wołyniu i Kresach. Mówią o tym wszystkie dokumenty! Gen. Roman Szuchewycz tylko wprowadził w czyn, to co było już od lat w ukryciu przygotowywane! Nadto nacjonaliści ukraińscy wymordowali bestialsko tylko od września 1939 do lipca 1941 r., setki niewinnych Polaków, uciekinierów z centralnej Polski i żołnierzy wracających z frontu oraz tysiące Żydów, zanim jeszcze Stepan Bandera został aresztowany przez Niemców. Bandera był w tym czasie niekwestionowanym przywódcą całego ruchu ukraińskiego młodych i zgadzał się na to całkowicie. Wreszcie Bandera nigdy nie potępił rzezi wołyńskiej! Nigdy oficjlanie choćby w jednej wypowiedzi nie odciął się od ludobójstwa baderowskiego! Miał na to dość dużo czasu, już po wojnie w Niemczech, gdzie mieszkał ale tego nie zrobił!

 

Argumenty Premiera Jana Olszewskiego

 

Sam Jan Olszewski sili się jak może, by zbrodniarza wybielić, otóż zaczyna od jego niewybrednego charakteru i niewyparzonego jęzora, gdy pisze o Banderze: „niewątpliwie jest dla Polaków postacią mało sympatyczną, jego wypowiedzi na temat Polski były bardzo nieprzychylne”. No ale zaraz podkreśla, że przecież musimy się zastanowić, bo on: „Bandera odegrał potem niezwykle ważną rolę w historii walki Ukraińców o niepodległość”. No i to ma być, musi być  niby ten argument, a jak również wiadomo, że jak już musi, to właśnie tam na Rusi.

Natomiast wszystkim mającym jeszcze jakiekolwiek wątpliwości o ponadczasowej mądrości Pana Olszewskiego, były premier aplikuje od razu: „Czczony jest cały nurt niepodległościowy na Ukrainie. Ukraińska Powstańcza Armia, na co Polacy się oburzają, jest dla Ukraińców tym, czym dla nas Armia Krajowa. Należy pamiętać, że zaraz po niemieckiej agresji na ZSRR w 1941 r. Bandera, będący w sojuszu z III Rzeszą, ogłosił we Lwowie proklamowanie niepodległości Ukrainy”. Widzimy zatem że mleko się rozlało, kult OUN-UPA na współczesnej Ukrainie kwitnie, co tu ręce załamywać, wszak to jak Armia Krajowa (AK), a jeszcze by dodać, iż Bandera niepodległość ogłosił we Lwowie.

Żeby jednak nie zapeszyć banderowców, na chwilę tylko Pan Jan pochyla się dobrodusznie nad ofiarami ludobójstwa, choć jak wyznaje to tylko zaledwie epizod na tle okrucieństwa II wojny światowej: „Wołyń był straszliwą zbrodnią, zginęło tam ponad sto tys. ludzi. Ale wobec zorganizowanej sowieckiej czy niemieckiej machiny śmierci był epizodem. Konflikt z Ukrainą jest nieraz brutalnym i przykrym, ale jednak sporem sąsiedzkim. Konflikt z imperialną Rosją jest kwestią egzystencjalną, w której na szali stoją byt i niepodległość państwa. Dlatego Polacy i Ukraińcy skazani są na współpracę. Powinni ją oprzeć na chrześcijańskich wartościach bliskich tradycji obu narodów. A kwestie zbrodni sprzed lat powinni wyjaśnić niezależni historycy”.

Efekt starej szczepionki zatem obowiązkowo musi, jak to na Rusi zaistnieć, czyli epizodalna antyrosyjskość Ukraińców. A ponieważ trudno wierzyć w to czego się nie widzi, a faktów póki co jak na lekarstwo, to trzeba przezornie dać rodakom nadzieję, czyli badania i przyszłe odkrycia naukowe. A zatem Olszewski jedzie z tym koksem: „Jednak potrzeba tu bardzo pogłębionych badań. Także w kwestii roli sowieckiej w wywołaniu tej zbrodni. Osobiście doskonale rozumiem obawy Bandery, który dopatrywał się wpływów sowieckich w ukraińskim radykalnym ruchu niepodległościowym. Te obawy nosiły wręcz znamiona może nawet obsesji. Ale ta obsesja miała swoje racjonalne podstawy. Myślę, że historycy polscy i ukraińscy powinni wątek sowieckiej inspiracji dla zbrodni wołyńskiej poważnie wziąć pod uwagę. Choć zdaję sobie sprawę, że jeśli są jakiekolwiek dokumenty na ten temat, to znajdują się one w archiwach KGB”

No dosłownie brak słów! Jak można takie kity wciskać Polakom?! I jeszcze jedno Panie Olszewski, otóż jak można de facto pomijać konsekwencje, wielce brzemiennego w skutkach faktu, iż Bandera jako przywódca ukraińskich nacjonalistów, zgodził się na oficjalną kolaborację z III Rzeszą Niemiecką Adolfa Hitlera, powołując do życia rząd Jarosława Stećki we Lwowie w czerwcu 1941 r.?! Godził się tym samym zbrodniarz Bandera, by Ukraińcy i cała Ukraina oficjalnie wspomagała nazistów w eksterminacji Żydów, Polaków, Rosjan, Cyganów i ludzi z wielu innych narodów. I to nie jest niby krwawy, upiorny potwór?! A zatem Panie Olszewski niechże się Pan ogarnie i na starość nie traci rozumu. Niechże się Pan opamięta i proszę nie szerzyć kłamstwa i zgorszenia.

 

Żaden uczciwy człowiek nie powinien po czymś takim podać mu ręki

 

Byłemu Premierowi odpowiedziała b. dosadnie i jasno dr Lucyna Kulińska z Krakowa. A ma ku temu wszystkie przymioty, gdyż jest znakomitym historykiem i politologiem, specjalnie cenionym za rzetelność w badaniach i bezkompromisowść w walce o prawdę o ludobójstwie na Wołyniu i Kresach w środowiskach Kresowian. Wywiad z Anną Wiejak został opublikowany już 26 lutego 2018.

Oto fragmenty tego wywiadu, w którym dr Lucyna Kulińska mówiła: „To co przeczytałam, było dla mnie bardzo przykre, ale mnie nie zdziwiło, ponieważ już wcześniej w wielu wypowiedziach pan Olszewski dawał jasno do zrozumienia, że on po prostu banderyzm wspiera. Robił to przez wiele lat i miał niewątpliwie duży wpływ na to, że on się na Ukrainie tak rozrósł. Wybielając Banderę i wykluczając jego „sprawstwo kierownicze” w ludobójstwie dokonanym przez OUN-UPA w województwach wschodnich II RP wykazał się ignorancją historyczną. Pochylił się nad jego uwięzieniem przez Niemców. Ale wiemy, że Bandera nie był jakimś ‘zwykłym’ więźniem Sachsenhausen, głodzonym, torturowanym, poniżanym. Bandera był niemieckim ‘więźniem stanu’ trzymanym w osobnym bloku, w ogrzewanej celi, odwiedzanym przez niemieckich notabli, który na dodatek nawet spoza krat kierował ludobójstwem Polaków. Jaki więzień obozowy mógł o takim traktowaniu nawet pomyśleć? Bandera był lojalnym płatnym kolaborantem niemieckim. W 1941 roku wmaszerował na Lwowszczyznę razem z ukraińskimi batalionami pomocniczymi – stworzonymi przez Niemców. Dopiero kiedy Ukraińcy zażyczyli sobie własnego państwa, a było o wiele więcej niż Niemcy im chcieli dać, został przez nich razem z całym marionetkowym rządem ukraińskim aresztowany. Ale podkręcam – to nie był zwykły więzień. Był trzymany, bo był Niemcom potrzebny. W odpowiednim momencie został przez nich wypuszczony i wkrótce został przewerbowany przez zachodnie wywiady. Czyli robienie z niego „męczennika” jest po prostu bzdurą.

Pan Olszewski zapomniał także o fakcie najistotniejszym. Bandera za antypolską działalność terrorystyczną OUN w Polsce w okresie międzywojennym, której pokłosiem były napady, zabójstwa i mordowanie Polaków (w tym za zaplanowanie zabójstwa min. Pierackiego) miał kilka wyroków śmierci. Był to groźny, sadystyczny terrorysta, który przewodził organizacji OUN – sponsorowanej przez wszystkich wrogów Polski z Niemcami na czele. Jego organizacja była też sponsorowana przez Litwę, Czechy, a w pewnych okresach Rosję Sowiecką. Ciekawych tych faktów odsyłam do swojej obszernej książki na temat działalności terrorystycznej nacjonalistycznych organizacji ukraińskich w Polsce w latach 1922-1939. ‘Premier’ powinien przecież znać, choćby podstawowe fakty. Moim zdaniem wybielanie Bandery przez JAKIEGOKOLWIEK polityka polskiego jest rzeczą wręcz haniebną. To mogę to z całą odpowiedzialnością powiedzieć – haniebną, nie nieprzyzwoitą tylko haniebną. To plucie na groby setek tysięcy ofiar banderyzmu.

Takich rzeczy nie wolno robić szczególnie dziś, gdy jesteśmy atakowani przez wrogów naszych. To przecież dramatycznie osłabia naszą pozycję. Każdy, kto w ten sposób przedstawia Stepana Banderę, działa dziś na szkodę Polski. Nie mam słów oburzenia na takie postępowanie. Kiedy wreszcie ustawą IPN zakazano w Polsce gloryfikowania zbrodniarzy z OUN- UPA i używania ich symboliki były Premier wygłasza takie teksty. Już wykluczenie z karania za kłamstwa dotyczące zbrodni ludobójstwa ‘działalności naukowej i artystycznej’ wzbudziło we mnie niesmak. No cóż w IPN i na uczelniach wyższych nadal pracuje wielu ‘rewizjonistów’, wielu wywodzących się z mniejszości narodowych, którzy nie wahali się latami zakłamywać historii. Teraz chcą czuć się bezkarni – nawet gdy źródła jednoznacznie wskazują, że KŁAMALI. Widać wystraszyli się i przypilnowali, by to co robili pozostało bezkarne. Co do strony ‘artystycznej’ to co – banderowski zespół będzie mógł wyśpiewywać bezkarnie pieśni: ‘Rżnij Lachów Rznij’, lub ‘wyrzezamy wszystkich Lachów po Warszawę’- to przecież strofy ze ‘Śpiewnika UPA’, kolportowanego na Ukrainie od lat 90-tych. […]

Natomiast proces publiczny, udowodnienie mu, że kłamie – to powinien być koniec jego kariery politycznej. Dla mnie takie oświadczenie powinno go w opinii każdego przyzwoitego Polaka po prostu zdyskredytować. Powinien zostać poddany ostracyzmowi, jeżeli występuje przeciwko tak strasznej zbrodni i stara się ją usprawiedliwiać, usprawiedliwiając jednego z jej prowodyrów, człowieka, który zbudował siłę, która potem przewodziła mordom na Polakach i był jej moralnym sprawcą. Z człowiekiem, który głosi publicznie takie bzdury, nikt w Polsce nigdy nie powinien podejmować żadnego poważnego dyskursu. Żaden uczciwy człowiek nie powinien po czymś takim mu podać ręki. Smutne, bo dla wielu po „nocnej zmianie” Jan Olszewski stał się autorytetem. Dziś tym wywiadem z tego piedestału z hukiem spada. […]”

 

Jakby twierdzić iż Hitler nie miał nic wspólnego z Holokaustem Żydów

 

Doprawdy nie można się dziwić, iż w kolejnych dniach nie milkną głosy oburzenia na haniebną i w gruncie rzeczy wielce niemądrą wypowiedź byłego Premiera RP. Duchowy przywódca środowisk kresowych Ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski napisał na swoim blogu: „Jan Olszewski w wywiadzie dla SE stwierdził: ‘Bandera nie miał nic wspólnego ze zbrodnią wołyńską’. I mówi to polityk, który jako premier, poseł i doradca śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie uczynił nigdy nic dla upamiętnienia ofiar UPA, zbudowanej na strukturach banderowskiej frakcji OUN. To tak jakby twierdzić, że Hitler nie miał nic wspólnego z Holokaustem Żydów i nie wiedział o komorach gazowych w KL Auschwitz.

A te brednie wypowiadane przez b. masona, sprzeczne z faktami i badaniami historycznymi, to świadoma polityka części obozu prawicowego, która dla dobrych relacji z Ukrainą depcze pamięć i prawdę o ukraińskim ludobójstwie dokonanym na Polakach. I to chwili, gdy rodziny ofiar opłakują swoich krewnych pomordowanych w Hucie Pieniackiej i Korościatynie.”

Kresowianka Krystyna napisła mi w e-mialu: „Premiera Jana Olszewskiego miałam za bardzo porządnego człowieka, a okazał się kanalią….. serdecznie pozdrawiam.”

 

Dziś niemal wszędzie na Ukrainie czci się zbrodniarzy z OUN-UPA

 

Nadto Janowi Olszewskiemu celnie odpowiedział Szef działu publicystyki TVP Info Tadeusz Płużański. Mówił zatem w rozmowie z „Super Expressem”: „Bandera faktycznie osobiście nie mógł uczestniczyć w zbrodni wołyńskiej, bo przebywał wtedy w niemieckim obozie. Jednak był twórcą całej ideologii państwa ukraińskiego wyłącznie dla Ukraińców, bez Polaków. Nieprzypadkowo ideologia ta nazywa się banderyzmem. Dlatego pośrednio był odpowiedzialny za zbrodnie na Wołyniu.”

Jako historyk i publicysta Tadeusz Płużański zwrócił także uwagę na konieczność wprowadzenia prawa broniącego prawdy historycznej i dobrego imienia Polski. Podkreślił też zachodzące w społeczeństwie ukraińskim procesy radykalizowania się nastrojów nacjonalistycznych. Powiedział o tym dość dosadnie i klarownie: „Zmieniło się podejście samych Ukraińców. Już nie jest tak jak kilka lat temu, gdy nacjonaliści stanowili nieliczącą się garstkę aktywistów we Lwowie. Dziś niemal wszędzie czci się UPA i ukraińskich nacjonalistów. To bardzo niebezpieczne. Dość pobłażania dla tego typu działań!”. [Źródło: se.pl]

 

Oni się Rosjan boją a nas mogą znowu obszarpać, okraść, napaść!

 

W tym samym wywiadzie, wspomnianym i cytowanym już powyżej dr Lucyna Kulińska mówi, napomina i w końcu ostrzega: „[…] My powtarzamy pewne scenariusze przedwojenne. Bardzo duża część Ukraińców się do wspólnoty krwi z Rosjanami poczuwa. Ci którzy są innego zdania z kolei doskonale wiedzą, że Rosjanom nic nie mogą zrobić. Prawda jest taka, że oni się Rosjan boją i tak najchętniej to by chcieli, żeby im Polacy lub w ogóle Zachód tą Ukrainę wywojował. Ich interesują „łupy”, kasa. Natomiast tymi, których się nie boją, których mogą znowu obszarpać, okraść, napaść, są Polacy, i się nie zawahają, bo zawsze znajdą pomoc ze strony Niemiec, Rosji… Po prostu jesteśmy tutaj najsłabszym ogniwem. Jeżeli pan Olszewski mieni się politykiem, to powinien się zastanowić nad tym, że przyłożenie przez niego ręki do wyhodowania banderyzmu pozycję Polski dramatycznie osłabiło. Każdy rok edukacji, tej szowinistycznej, którą odbiera tamta młodzież, tworzy coraz większe zagrożenie dla Polski. Polska milczała, a nawet sprzyjała. Dlaczego? Może więc nie o Polskę chodziło w tej grze, toczonej ponad naszymi głowami? To jakieś inne, większe plany miały nas znowu zetrzeć z mapy? Podsumowując: dla Ukraińców Rosjanie są niedościgli, oni nie mogą się im w żaden sposób przeciwstawić, natomiast Polaków uważają, tak jak i wtedy uważali, za element miękki i słaby, który da się łatwo obrabować.

Kiedy się nad tym zastanawiam przychodzi mi do głowy, że celem Ukraińców było oderwanie naszych województw wschodnich od Polski. Chcieli, oderwali. Dlaczego ich nie zagospodarowują? Dlaczego na nich nie pracują, dlaczego tę najżyźniejszą ziemię świata oni oddają obcym, a przychodzą tutaj do nas pracować? I znowu patrzą na te nasze zagospodarowane pola. I znowu przychodzi im do głowy, że tamtym furda – ale to zagospodarowane, też może być ich. Pojawiają się wciąż nowe żądania terytorialne – bo już chcą i Chełmszczyznę i Nadsanie, a potem aż po Kraków, aż po Warszawę. Tego Pan chce panie ‘Premierze’? Przecież pana wypowiedzi, to jest sprowadzanie zagrożenia na własny naród.”

Jak widać dobrze i wyraźnie z dwóch powyższych fragmentów znakomitej wypowiedzi dr Lucyny Kulińskiej z Krakowa. Pan Premier Jan Olszewski podle kłamiąc, całkowicie się skompromitował i jest absolutnie jasne, iż winien publicznie swoje haniebne słowa o krwawym upiorze Banderze, jakoby niewinnym rzezi wołyńskiej, musi te słowa jak najszybciej odwołać! To skandal! To osobista hańba Olszewskiego!

Osobiście nieustannie powtarzam z pełnym przekonaniem wszędzie i w każdym czasie: precz z gloryfikowaniem odrażających zbrodniarzy z OUN-UPA na współczesnej Ukrainie, mianowicie Bandery, Szuchewycza, Diaczenki i b. wielu innych krwawych upiorów, winnych zbrodni wojennych oraz ludobójstwa na Wołyniu i Kresach w latach 1939-1947. A teraz jeszcze publicznie dodam: precz z każdym rodzimym zdrajcą, który chciałby takich podłych zbrodniarzy z OUN-UPA publicznie wybielać, zatem kłamać w żywe oczy ludziom o ich haniebnych dokonaniach i w konsekwencji przyzwalać na ich gloryfikowanie, znaczy wyświęcanie na pomnikach.

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/jan-olszewski-wybiela-i-wyswieca-krwawego-upiora-stepana-bandere#comment-1559208

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle – blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.


BANDERYZM JAK HITLERYZM I STALINIZM

Sejm Rzeczpospolitej Polskiej przyjął w piątek 26 stycznia 2018 r pakiet zmian w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej (IPN). Największe emocje wśród znowelizowanych przepisów wzbudza penalizacja banderyzmu oraz szkalującego nasz naród pojęcia „polskie obozy śmierci”.

Kresowian goryczy stało się zadość! Przełomowe głosowanie w polskim Sejmie. Kresowianie od dziesięcioleci walczyli wytrwale i czekali cierpliwie na tę Ustawę. Doczekaliśmy! Projekt autorstwa posłów Kukiz’15 wprowadza zakaz podważania zbrodni ludobójstwa na Wołyniu dokonanej przez oddzały ukraińskich nacjonalistów.

Debata parlamentarna poprzedzjąca przjęcie Ustawy, była ostra i burzliwa, a sam projekt musiał wcześniej odczekać swoje w szufladzie Marszałka Sejmu RP. Odpowiadając na skandaliczne wystąpienie posła Marcina Święcickiego, broniącego z mównicy sejmowej ukraińskich banderowców, poseł Kukiz’15 Tomasz Rzymkowski nie pozostawił złudzeń: „Banderowców należy nazwać po imieniu – to ukraińscy naziści”. I dodał znacząco i klarownie: „Kto się wstrzyma, lub zagłosuje przeciw tej ustawie nie mają prawa mówić o sobie, że walczy z nazizmem.” Z kolei wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki przed głosowaniem powiedział z mównicy sejmowej: „Chcemy ścigać ludzi przypisujących Polakom nazistowskie zbrodnie.”

Ostatecznie Sejm RP 279 głosami na 414, przy 5 głosach sprzeciwu i 130 wstrzymujących się od głosu, przyjął ustawę o zmianie ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, pozwalającą na ściganie obok komunistycznych i nazistowskich zbrodni, również te dokonywane przez ukraińskich nacjonalistów oraz ściganie przestępstw promowania totalitaryzmów, w tym również ukraińskiego nacjonalizmu.

„Za” głosowali wszyscy posłowie Prawa i Sprawiedliwości, Kukiz’15, PSL, część koła Wolni i Solidarni (oprócz lidera Kornela Morawieckiego), niektórzy niezrzeszeni (w tym Robert Winnicki) oraz 2 posłów PO i 5 z Nowoczesnej. Przeciw opowiedziała się niemal cała Platforma, klub Nowoczesnej i klub UED.

Celem proponowanej zmiany jest znaczące ograniczenie publicznego głoszenia kłamstw na temat zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w przestrzeni obowiązywania polskiego prawa. W uzasadnieniu do ustawy bowiem czytamy: „Szkodliwość bezkarności publicznego zakłamywania historii, zwłaszcza w tak tragicznym aspekcie jakim był akt eksterminacji ludności polskiej, żydowskiej, czeskiej, słowackiej, ormiańskiej i ukraińskiej nie budzi wątpliwości”.

Nowe przepisy zakładają zatem penalizację negacji zbrodni popełnianych przez ukraińskich szowinistów z OUN-UPA w ramach tzw. rzezi wołyńskiej, czyli ludobójstwa popełnianego na Polakach i innych mieszkańcach Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej (Żydach, Ormianach, niesprzyjających nazistom Ukraińcach i innym). Ponadto karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech podlegał będzie ten „kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne”. Te kary przewidziano również dla ludzi dopuszczających się „rażącego pomniejszania odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni”. Wyjątek w przepisach przewidziano dla działalności artystycznej i naukowej.

Co Ustawa na nowo reguluje i definiuje

Ustawa reguluje ewidencjonowanie, gromadzenie, udostępnianie, zarządzanie i korzystanie z dokumentów organów bezpieczeństwa państwa wytworzonych oraz gromadzonych od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 grudnia 1989 r., a także organów bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy Niemieckiej i Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, dotyczących: „a) popełnionych na osobach narodowości polskiej lub obywatelach polskich innych narodowości w okresie od dnia 8 listopada 1917 r. do dnia 31 lipca 1990 r.” w tym zbrodni nazistowskich, zbrodni komunistycznych, zbrodni ukraińskich nacjonalistów i ukraińskich formacji kolaborujących z III Rzeszą, innych przestępstw stanowiących zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne.

W art. 2a Ustawa definiuje dość klarownie zbrodnie ukraińskich nacjonalistów jako zbrodnie: „nacjonalistów ukraińskich i ukraińskich formacji kolaborujących z III Rzeszą, w rozumieniu ustawy, są czyny popełnione przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1925-1950, polegające na stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności, a w szczególności wobec ludności polskiej. Zbrodnią nacjonalistów ukraińskich i ukraińskich formacji kolaborujących z III Rzeszą jest również udział w eksterminacji ludności żydowskiej oraz ludobójstwie na obywatelach II Rzeczpospolitej Polskiej na terenach Wołynia i Małopolski Wschodniej”.

Kontekst historyczny i współcześnie polityczny

Przypomniano, iż podczas okupacji terytorium II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1944, na terenie byłego województwa wołyńskiego, doszło do masowej eksterminacji ludności polskiej przez nacjonalistów ukraińskich. Antypolskie czystki etniczne miały swoje apogeum w niedzielę 11 lipca 1943 r. Tego dnia na Wołyniu ukraińscy oprawcy zaatakowali 100 miejscowości. W lipcu i sierpniu 1943 r. zginęło co najmniej 20 tys. Polaków. Na podstawie istniejących danych naukowych można stwierdzić, że w wyniku akcji OUN-B i UPA poniosło śmierć przeszło 100 tysięcy Polaków (60 tysięcy na Wołyniu i porównywalna liczba na terenach Małopolski Wschodniej, a także innych województw).

Część formacji nacjonalistów ukraińskich powstała pod bezpośrednią kuratelą III Rzeszy. W roku 1943 doszło do powstania ochotniczej 14 Dywizji Grenadierów SS Galizien. Inspiracja powstania dywizji wyszła ze środowiska OUN frakcji melnykowców. Nacjonalistyczna formacja dopuściła się szeregu zbrodni wojennych, wśród których najokrutniejszą była masakra miejscowości Huta Pieniacka w 1944 r.

W uzasadnieniu do ustawy, znalazły się i takie słowa: „Zaraz po tych tragicznych wydarzeniach rozpoczęto tworzenie fałszywej interpretacji wydarzeń, niszczenie i fałszowanie dowodów, zaprzeczanie, ukrywanie oraz przemilczanie zbrodni, a także przedstawianie dla nich usprawiedliwień”. Zauważono wreszcie publicznie tragizm dziejowy, na który zwracał uwagę, już kikadziesiąt lat temu Jan Zaleski, ojca księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego gdy pisał w pamiętniku z goryczą: „Kresowian zabito dwukrotnie, raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie”.

Dalej czytamy niezwykle ważne fakty: „Ponad to Ukraina prowadzi własną politykę historyczną, której celem jest przedstawienie historii państwa ukraińskiego w jak najlepszym świetle. Ukraiński parlament w 2015 roku, w dniu, gdy przemawiał tam Prezydent RP Bronisław Komorowski, przyjął ustawę, w której uznał za ‘bojowników o wolność i niezależność Ukrainy’ między innymi członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, odpowiedzialnej za ludobójstwo na obywatelach II Rzeczpospolitej. Rozdział szósty ustawy ‘O statusie prawnym i uszanowaniu pamięci uczestników walki o niepodległość Ukrainy w XX wieku’ stanowi, że ‘1. Obywatele Ukrainy, cudzoziemcy i osoby bez obywatelstwa, które publicznie okazują pogardę dla osób, o których mowa w artykule 1 ustawy (w tym OUN i UPA) utrudniają realizację praw bojowników o niepodległość Ukrainy w XX wieku – podlegają odpowiedzialności zgodnej z prawem Ukrainy. 2. Publiczne zaprzeczenia zasadności walki o niepodległość Ukrainy w XX wieku uznawane jest za zniewagę pamięci bojowników o niepodległość Ukrainy w XX wieku, naruszenie godności narodu ukraińskiego i stanowi naruszenie prawa’.”

Przy czym dodano, zauważając, iż: „współczesne państwo ukraińskie bezapelacyjnie prowadzi politykę gloryfikacji sprawców ludobójstwa na Kresach II Rzeczypospolitej, a źródła tożsamości narodowej i bohaterstwa upatruje w zbrodniczych formacjach oraz zbrodniczej ideologii ukraińskiego integralnego nacjonalizmu”.

Precz z nazizmem, komunizmem i integralnym nacjonalizmem

Nadto w uzasadnieniu do ustawy, wytknięto b. słusznie Ukraińcom, wykładając kawę na ławę: „Ideologia nacjonalizmu opanowuje wszelkie sfery życia społecznego i publicznego na Ukrainie: gloryfikacja zbrodniczych formacji nacjonalistycznych należy do priorytetów polityki edukacyjno-wychowawczej na Ukrainie na wszystkich szczeblach formacyjnych od przedszkola do studiów wyższych; wybielanie i ‘tłumaczenie’ zbrodniczych działań OUN i UPA należy do priorytetów ukraińskiej polityki historycznej, co przejawia się m.in. następujących działaniach: oficjalnie dniem Obrońcy Ojczyzny na Ukrainie ustalony został dzień utworzenia UPA; do oficjalnego panteonu ‘bohaterów Ukrainy’ zostali zaliczeni ideolog nacjonalizmu i polityczny przywódca OUN Stepan Bandera i bezpośredni dowódca ludobójczych akcji na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej Roman Szuchewycz; upamiętnienia liderów zbrodniczych formacji stały się powszechne nie tylko w zachodnich częściach Ukrainy, ale także w skali całego państwa. Ulice im. Bandery i Szuchewycza mają pojawić się w Kijowie i innych miastach, a w części miast ukraińskich już istnieją; struktury bezpieczeństwa Ukrainy są wzorowane na zbrodniczych OUN i UPA; etos walki banderowskiego podziemia staje się wzorem dla tworzenia sił zbrojnych Ukrainy; ochotnicze oddziały, które weszły do sił zbrojnych Ukrainy bezpośrednio identyfikują się z tradycją nacjonalistyczną; na Ukrainie powszechnie neguje się fakt ludobójstwa obywateli polskich na Kresach; jako obowiązująca jest lansowana teza wypracowana przez propagandę banderowską w czasie II wojny światowej o rzekomej ‘wojnie polsko-ukraińskiej’”.

Ustawodawca zaznaczył poza tym klarownie w uzasadnieniu, iż „na ustawiczną profanację narażone są zwłaszcza znane miejsca spoczynku ofiar ludobójstwa. W przytłaczającej większości miejsca historyczne związane z ludobójstwem dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów czy miejsca pojedynczych i masowych mogił są pozbawione opieki, godnego wyglądu i zaznaczenia znakiem religijnym, memoriałowym i stosowną inskrypcją martyrologiczną. Utrudniane są projekty badawcze mające na celu poszukiwania mogił oraz prace archeologiczne i ekshumacyjne dotyczące ofiar terroru ukraińskiego nacjonalizmu. Nieliczne upamiętnienia z czasów ZSRS zostały zburzone lub zniekształcone (np. Pawliwka/Poryck na Wołyniu)”.

Paradoksalnie pomimo nagłaśniania oficjalnej propagandy o wzajemnym braterstwie polsko-ukraińskim, ustawodawca kontynuował wyliczanie współczesnych neobanderowskich patologii: „W innych miejscach kaźni stawia się pomniki oprawcom (np. Janowa Dolina na Wołyniu). Nierzadko na kościach ofiar urządza się wysypiska śmieci. Do dnia dzisiejszego należytego pochówku nie doczekały się dziesiątki tysięcy ofiar ludobójstwa”.

W końcowej części uzasadnienia celnie spuentowano raz jeszcze problem: „W związku z widocznymi wysiłkami mającymi na celu narzucenie stronie polskiej obowiązującej na Ukrainie narracji historycznej zakłamującej prawdę o ludobójstwie, uwłaczającej pamięci ofiar, które przeważnie traciły życie w nadzwyczaj okrutnych okolicznościach, biorąc pod uwagę fakt narastających ruchów migracyjnych z Ukrainy, kiedy nosiciele ideologii nacjonalizmu ukraińskiego i adepci światopoglądu opartego na gloryfikacji formacji, które dokonały zbrodnię ludobójstwa coraz liczniej są reprezentowani w Polsce, co też prowadzi do napięć w relacjach polsko-ukraińskich, sprawa prawnego uregulowania kwestii dot. pamięci ofiar antypolskich akcji ma zasadnicze znaczenie zarówno w kontekście prawdy historycznej jako niezbędnego czynnika uzdrawiającego kondycję moralno-etyczną społeczeństwa polskiego jak i rzeczywistej normalizacji relacji międzynarodowych i wsparcia środowisk prawdziwie demokratycznych na Ukrainie. Zdaniem wnioskodawcy powyższe fakty stanowią uzasadnienie dla prawno-karnej ochrony polskiej pamięci historycznej”.

Zgodny kontratak Ukraińców i Żydów na prawdę

Już w ten sam piątek, tuż po głosowaniu w polskim Sejmie, ukraiński resort spraw zagranicznych wydał specjalne oświadczenie, w którym podkreślił, że oczekuje od polskiego Senatu, który wkrótce będzie zajmował się ustawą, iż ten wykaże więcej mądrości w kwestiach mogących wpłynąć na relacje polsko-ukraińskie. Strona ukraińska wyraziła ubolewanie, że „wspólna tragiczna przeszłość jest upolityczniana”, w czym dopatrywać się można sugestii, jakoby Polacy również mordowali Ukraińców, na którą polskie MSZ nie zareagowało. MSZ Ukrainy zarzuciło Polsce „jednostronną interpretację wydarzeń historycznych”.

Ukraińskie MSZ nie podobało się również użycie w dokumencie określenia Małopolska Wschodnia (zgodnego z faktami) na terytoria leżące obecnie w granicy państwa ukraińskiego, niegdyś zaś tworzące Kresy Rzeczypospolitej. Podkreślano zatem jak zwykle, że Ukraińcy, podobnie jak Polacy, bardzo ucierpieli w okresie II Wojny Światowej, a także „bezinteresownie walczyli o wolność swojego kraju”.

Niestety przyjęta przez polski parlament Ustawa umożliwiająca karanie używania formuły „polskie obozy śmierci”, napotkała także b. poważny opór ze strony Izraela. Swoje oburzenie z powodu przyjęcia ustawy wyraził szef izraelskiego rządu, Benjamin Netanjahu, który powiedział: „Zdecydowanie sprzeciwiam się tej ustawie”. Jakby tego było jeszcze mało na Twitterze Netanjahu absurdalnie oskarżył Polskę o… negowanie zbrodni, jakich dokonano na Żydach, pisząc: „Historii nie można zmienić i negować Holokaustu”. Netanjahu poinformował także iż zażądał spotkania ambasadora z premierem Mateuszem Morawieckim.

Tymczasem Ambasador Izraela w Polsce Anna Azari podczas uroczystości w Auschwitz powiedziała wczoraj: „W Izraelu ta nowelizacja była traktowana jako możliwość kary dla świadectw ocalałych z Zagłady. Dużo, dużo emocji. Rząd Izraela odrzuca tę nowelizację. Mamy nadzieje, że możemy znaleźć wspólną drogę, by zrobić zmiany w nie zmiany. Izrael też rozumie, kto budował KL Auschiwitz i inne obozy. Wszyscy wiedzą, że to nie byli Polacy. Ale u nas traktuje się to jako niemożliwość powiedzenia prawdy o Zagładzie i wszyscy są oburzeni tym, co się zdarzyło.”

Oburzeniem zapałali i inni przedstawiciele izraelskich władz w tym parlamentarzyści Knesetu. Dyskusję rozpoczął Yair Lapid, być może przyszły premier Izraela: „Jestem synem osób, które przetrwały Holokaust. Moja babcia została zamordowana w Polsce przez Niemców i Polaków. Nie potrzebuje od was lekcji. Konsekwencje odczuwamy po dziś dzień. Ambasada powinna natychmiast wystosować przeprosiny.” Lapid poszedł jeszcze dalej na Twitterze, gdzie stwierdził: „Żydów zabijali Niemcy, ale tysiące ofiar nie spotkało nawet niemieckiego żołnierza”, co oznacza: „to były polskie obozy śmierci i żadne prawo tego nie zmieni”.

W tych atakach Żydzi są nadwyraz ze sobą zgodni, otóż nawet łider opozycji w Knesecie, Icchak Herzog zaapelował do premiera, by ten wezwał z Warszawy ambasadora w celu konsultacji, dotyczących „błędnej” ustawy. W Polaków uderzył w końcu i Prezydent Izraela, Reuven Rivlin. Miał stwierdzić, iż pomagaliśmy w zbrodniach niemieckich w czasie II wojny światowej, choć oczywiście zaznaczył, że nie wszyscy, wszak część wyciągała do Żydów pomocną dłoń.

Na ustawę agresywnie zareagowali także izraelscy dziennikarze. Lahav Harkov, dziennikarka „Jerusalem Post”, wpisała na twitterze kilkukrotnie hasło „Polish death camps”. Zaś portal Haaretz porównał ją do stalinowskiej propagandy.

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/banderyzm-jak-hitleryzm-i-stalinizm

 


Tej nocy z Lasu Świnarzyńskiego wyszły upiory z siekierami na niewinny i śpiący Dominopol nad Turią


W maju 1943 r. banderowcy zabrali ze sobą do lasu Edwarda Korda i Władysława Piwkowskiego oraz innych Polaków, rozpowiadając niby tu i ówdzie, że chłopcy ci będą teraz walczyć razem z nimi, ramię w ramię z Niemcami. Jednak ludzie Ci nigdy już więcej nie wrócili do swoich domów i rodzin. Polacy w naszych stonach po cichu, powiadali między sobą, że Ich banderowcy skrytobójczo pomordowali tam, że już na pewno nie wrócą, bo są wśród pobitych. Wiem o tym ponieważ przychodziła do nas siostra rodzona Edwarda, której było na imię Rozalia, lat około 20 i tak mówiła w naszym domu: „Chyba Edek nasz nie wróci, bo słyszeliśmy, że Ich w lesie bandery pobili.”.

Po zabiciu Niemców na majątku Barańskich i zlikwidowaniu, tej niemieckiej placówki, Ukraińcy poczuli się panami w terenie i już zupełnie jawnie poczynali sobie w całej naszej okolicy. Przestali się bać kogokolwiek i jawnie z bronią jeździli po naszych drogach. Rozgrabili też do cna majątek Barańskich i dobrodusznie rozdali ludziom. Często widziałam tych młokosów po 17 lat z karabinami, jak zupełnie bezkarnie szli sobie drogą. Tymczasem w nas Polakach, już narastał strach, zaczęliśmy na serio obowiać się Ukraińców i tego, co jeszcze mogą chcieć zrobić.

Mówiło się też często, szczególnie w naszym młynie, znaczy Polacy którzy przyjeżdżali z różnych stron, dzielili się wiedzą, że oto Ukraińcy organizują tajne spotkania i zebrania po wsiach. Uderzające w tych przekazach było to mianowicie, że b. uważano, nawet pilnowano, by Polacy nie brali udziału w tych zebraniach. Było to mocno podejrzane, a dla wszystkich Polaków mocno, już nawet niepokojące. Po temu nasz tata Roman Różycki zawziął się, by raz jeden na takie spotkanie pójść, ale mama Maria Różycka mocno się sprzeciwiła, mówiąc: „Nie idź, jak cię tam nie wołają, to nie idź.”.

Dużo ludzi przychodziło do młyna i mówiło o tym wszystkim z troską i niepokojem, by nie powiedzieć z wyczuwalnym lękiem. Co ważne nikt się właściwie, już temu nie dziwił, skoro niemal powszechnie i gołym okiem, można było zobaczyć, jak Ukraińcy już stronili od Polaków i jakby patrzyli spode łba, jakoś tak wrogo.

Pomimo wszystko życie toczyło się dalej i trzeba było, jakoś z tym wszystkim żyć, staraliśmy się w tych trudnych dniach, zachować konieczny spokój. Jak zawsze w każdą niedzielę, udawaliśmy się na mszę świętą do parafialnego kościoła pw. Narodzenia NMP w Swojczowie. Naturalnie ks. Franciszek Jaworski, proboszcz naszej parafii, był doskonale poinformowany o tym wszystkim, co działo się w całej okolicy. A jednak w swoich kazaniach i w swoim słowie do wiernych nie nawiązywał do tych ostatnich wydarzeń, jakby nie chciał rozpalać jeszcze większego konfliktu.

Na tydzień przed rzezią, około południa udałam się do mojej koleżanki Marysi Semeniuk. Ich zabudowania należały już do wsi Gnojno, ale od nas to było zaledwie 300 m. Gdy tam przyszłam, zastałam jej rodziców oraz trzech obcych chłopów. Szykowali się iść na zebranie do dużej, starej wsi ukraińskiej Gnojno. Jej mama poczęstowała mnie pierogami i poprosiła, bym wróciła się do domu, gdyż oni udają się teraz na spotkanie do Gnojna. Ja powiedziałam wtedy, że powiem o tym zebraniu swemu ojcu, aby i on sam mógł udać się na takie zebranie do Gnojna. Wtedy ona rzekła: „Lepiej żeby nie szedł.”.

Kiedy wróciłam zatem do domu, opowiedziałam ze szczegółami wszystko ojcu, nie pomijając, tej znów niepokojącej rady. A był u nas właśnie szwagier Jan Turowski z Dominopola, bowiem przyjeżdżali do nas z żoną Stefką, niemal na każdą niedzielę. Szwagier Jan zaraz powiedział: „Widzi tata, że coś się jednak szykuje, skoro tak się Ukraińcy ukrywają. I mnie też wzbraniają wydawać Niemcom drzewo. Nakazali nam też napisać na kartce, ile jest osób w domu i z obrazkiem świętym, powiesić na dworze, nad drzwiami domu.”. Po tej rozmowie szwagier Jan pojechał do domu na Dominopol. Ten ostatni tydzień przed „Krwawą Niedzielą” w Dominopolu i na Wołyniu jeszcze był spokojny, tylko my wciąż zastanawialiśmy się, co to Ukraińce takie tajemnicze.

Na kilkanaście godzin przed rzezią ludności polskiej, 10 lipca w sobotę, około południa szwagier Jan przyjechał ze Stefką do nas ponownie, coś nie dawało mu spokoju, bał się tego, co jeszcze może się wydarzyć. Raz jeszcze poważnie rozmawiał z naszym ojcem o całej sytuacji na Dominopolu, mówił tak: „Tato coś się szykuje, bo Ukraińcy tak się spieszą, tak się kręcą, tak wszędzie jeżdżą!”. Poprosił także naszą mamę Marię, aby pojechała z nimi na Dominopol, ponieważ mają przyjść trzy kobiety, by grabić siano, by mama nagotowała dla nich obiadu. Stefka była już bowiem w siódmym miesiącu z dzieckiem i zwyczajnie nie dawała sobie ze wszystkim rady. I mama Maria poszła z nimi na Dominopol. A właśnie tej nocy banderowcy z Lasu Świnarzyńskiego, zgotowali Polakom na Dominopolu istne piekło na ziemi, mordując dosłownie wszystkich mieszkańców tej wsi.

 

Krwawa Niedziela 11 lipca 1943 r. w Dominipolu

 

To była jeszcze jedna, jakich wiele, spokojna noc nad piękną Turią, choć dla wielu Polaków, było w tej nocy, coś niepokojącego, coś jakby wisiało w powietrzu, choć większość nie wiedziała, że oto ostatni już raz, kładzie się do łóżka. Tak samo było na Dominopolu, niby ludzie coś przeczuwali, a jednak ogromna większość dała się zaskoczyć i niemal wszyscy zginęli.

Nasza mama Maria w ten sobotni wieczór, zjadła kolację razem z Janem i Stefką, a potem wszyscy spokojnie udali się spać i to był ten ostatni raz, gdy wszyscy widzieli się, jeszcze razem, szczęśliwi, żywi i cali. Opatrzność Boża czuwała jednak, tej nocy nad naszą mamą, która spała w kuchni, a były tam drzwi na ogród, natomiast siostra Stefka spała w pokoju, były tam drzwi na Las Świnarzyński. Nagle w nocy mama usłyszała gwałtowny łomot do drzwi, ktoś dobijał się, chcąc się dostać do środka chaty. Mama Maria b. się wystraszyła i natychmiast drzwiami wyleciała do ogrodu i tam skryła się w jamie, w której Jan Turowski pędził uprzednio bimber.

Gdy zrobiło się cicho i spokojnie, a było już na świataniu, mama Maria wyszła z ukrycia i poszła do chaty zobaczyć, co tam się właściwie stało. Drzwi w stronę lasu były otwarte, a w korytarzu na progu, leżała zamordowana jej córka Stefania Turowska, leżała w dużej kałuży krwi. Ciała zięcia Jana Turowskiego nie widziała, ale znalazła ciało matki Jana, a po drugim mężu Marii Potockiej. A pan Potocki leżał w swoim pokoju i była narzucona na niego pierzyna. Przerażona tym, co zobaczyła, uciekła z powrotem i dobrze się ukryła, już w innym miejscu. Rano znów zobaczyła, jak Ukraińcy ściągali wszystkich za nogi, właśnie do tej jamy, w której mama skryła się szczęśliwie uprzednio. Widziała także, że tak porzucone ciała, zarzucili ziemią i bezceremonialnie, po prostu zadepatali. Mama Maria tak się bała, że przesiedziała w tym ukryciu cztery dni, aż do środy 14 lipca.

Z opowiadania mamy wynika także, że w środę miało miejsce na Dominopolu jakieś zamieszanie i Ukraińcy „uciekali” z obawy przed Polakami do Lasu Świnarzyńskiego na Wołczak, gdzie była ich główna siedziba i baza do wypadów w całej okolicy. Mama skorzystała z tego zamieszania i przeszła pomiędzy nimi przez most na rzece Turii i przyszła do naszego domu na kolonię Mikołajpol.

Po sąsiedzku mieszkali Ukraińcy, gospodarze zauważyli mamę i zaraz donieśli banderowcom: „Zabiliście cztery osoby, a tu była jeszcze jej matka, która ukrywała się, a teraz uciekła i na pewno będzie mówić, co widziała na Dominopolu.”.

Mama w tym czasie przyszła już do domu, była środa i dom był zamknięty. Mama stała tak na drodze i rozmyślała, co ma teraz uczynić. Nawet nie wiedziała, co się w domu w tych dniach tragicznych wydarzyło, czy tu także był pogrom na Polakach i czy uciekliśmy, czy zwyczajnie jeszcze żyjemy. Naraz nadjechał Ukrainiec na koniu, pochwycił mamę i zabrał z powrotem, aż do głównej bazy banderowców we wsi Wołczak. I tak nasza mama zmuszona była pracować dla nich w kuchni, gotowała dla banderowców posiłki.

 

Szok i konsternacja po rzezi w Ziemi Swojczowskiej

 

Wymordowanie niemal wszystkich mieszkańców dużej i starej polskiej wsi Dominopol, zostało przeprowadzone, tak sprawnie, że my na Mikołajpolu przez pierwsze dni, nic o tym nie wiedzialiśmy. Po niedzieli zwyczajnie czekaliśmy, że mama wróci z Dominopola, tymczasem nie było jej, ani w poniedziałek, ani we wtorek. Na trzeci dzień w środę, było to właśnie 14 lipca, tato mocno się już niepokoił, czemu to nasza mama wciąż nie wraca i powtarzał: „Co to jest, że Marysi nie ma z powrotem?”. I tato Roman powiedział do mnie: „Idź z krowami do Helenówki i wywiedź się od ludzi, co tam się dzieje.”.

I ja poszłam, ale w drodze spotkałam Polkę Rozalię Korda oraz panią Piwkowską lat ok. 45. One pierwsze pytały mnie, czy my już coś wiemy o Dominopolu i czy wiemy, już coś o losie naszej Stefki oraz czy nasza mama Maria jest w domu. Odpowiedziałam, że mamy wciąż nie ma z powrotem z Dominopola i póki co nie wiemy, co się tam mogło stać. Wtedy one rzekły: „To wy wciąż nie wiecie, że cały Dominopol jest już wyrżnięty i Wasi bliscy pewnie też.”. Byłam w takim szoku, że niewiele już z nimi przystawałam, tylko zaraz nawróciłam do domu i powtórzyłam wszystko, co usłyszałam ojcu. Lecz ojciec nie uwierzył w te wieści i powiedział: „To niemożliwe, żeby tak wszystkich ludzi pobili, to ci ktoś głupot naplótł. Idź zatem drugi raz do Helenówki i dowiedź się coś więcej o tym.”.

I ja raz jeszcze poszłam na kolonię Helenówka i zastałam tam polską rodzinę Jantasów, spakowanych na wozie i gotowych do ucieczki. Jeszcze kilka innych rodzin polskich, też spakowanych i gotowych uciekać w każdej chwili. Ponieważ jednak sytuacja się nieco uspokoiła, stali tak z wozami i czekali, co jeszcze może się lada moment wydarzyć. Porozmawiałam zatem z Jantasową i pytałam, czy to prawda, co mówiły Rozalia Korda i Piwkowska, że cały Dominopol już wyrżnięty. Gospodyni Jantas wyznała mi wtenczas b. przejęta tak: „Tak to prawda, bo psy wyją, krowy ryczą, w kominach się nie pali, tylko bandziory jeżdżą jak szalone w tą i nazad. Ponieważ zrobiło się cicho i już nie mordują, to my stoimy tak i czekamy. Idź i powiedź niech wasz ojciec, będzie w pogotowiu także ze wszystkim.”. Wróciłam zatem pospiesznie do domu i powtórzyłam wszystko raz jeszcze, jak usłyszałam.

Nawet wtedy nasz tata, jeszcze nie wierzył, nie mieściło mu się w głowie, jak można zaplanować, a potem bestialsko wymordować, tak dużą społeczność. Nakazał zatem starszej naszej siostrze Kazimierze, aby poszła sama na Dominopol i sprawdziła, co tam się rzeczywiście stało i Kazia poszła. Dotarła b. blisko miejsca tragedii, bo aż do mostu na rzece Turii, tylko około 500 m od pierwszych zabudowań, wymordowanej wsi polskiej Dominopol.

Była tam chata, w której mieszkała znajoma dziewczyna, Polka o nazwisku Stachurska. Jej córka lat około 17, była dobrą koleżanką Kazi i często razem udawały się do kościoła w Swojczowie na nabożeństwa. Okazało się, że młoda Stachurska, była także na Dominopolu, właśnie w tę noc z soboty na niedzielę, kiedy mordowano z zaskoczenia mieszkańców wsi. Jest zatem naocznym świadkiem, tych niewymownie tragicznych dla Polaków, a dla Ukraińców haniebnych zapustów.

Stara Stachurska opowiadała zatem Kazi osobiście tak: „Moja córka była w tę starszną noc na Dominopolu, gdy Ukraińcy niespodziewanie napadli na mieszkańców wsi i bestialsko, bez miłosierdzia mordowali wszystkich, których zdołali dopaść. Także ona została mocno uderzona przez bandziora, ostrym narzędziem w ramię i mocno pokaleczona. Na szczęście udawała, że nie żyje, a rana była na tyle poważna, że zmyliła czujność napastników. Kiedy oprawcy odeszli, zdołała się poderwać na nogi i ukryć w pobliskich konopiach, tam straciła przytomność. Gdy się ocknęła, przez rzekę Turię, przedostała się z największą ostrożnością do rodzinnego domu. Opatrzyłam ją i ukryłam przed rezunami w naszej komórce. Chodź a zaprowadzę cię do niej, byś sama mogła się przekonać, że to co mówią ludzie o masakrze na Dominopolu jest straszną prawdą.”.

I rzeczywiście kiedy otworzyła drzwi komórki, ujrzała swoją koleżnakę, ranną i wciąż ogromnie przejętą tym, co się kilka dni temu wydarzyło. Kazia w obliczu naocznego świadka pogromu na Dominopolu, również poczuła, jak uginają się pod nią, jej własne nogi. Jakby dopiero teraz, tak do końca, dotarło do niej, co tam tak przecież blisko na Dominopolu, który tak dobrze był jej znany, naprawdę się wydarzyło. Stara Stachurska widząc jej przejęcie, powiedziała: „Nie idź na Dominopol, bo cię tam na pewno zabiją. Moja córka widziała także, jak zakopywali ciała pobitych mieszkańców Dominopola, zapewne chcą teraz ukryć przed światem, dowody swojej haniebnej zbrodni. Na pewno i ciebie nie wypuszczą.”.

Kazia zaraz wróciła do domu na Mikołajpol i przekazała naszemu ojcu wszystko, co widziała i słyszała. Teraz nasz tato Roman w końcu uwierzył i zaczął wolno pakować nasze rzeczy do kufra. Potem spakowane rzeczy, ukryliśmy w zbożu w życie. Od pierwszych chwil ojciec był przerażony, nie bardzo wiedział, co w takiej sytuacji zrobić, wahał się, co do następnych, a koniecznych kroków. Wtedy nadjechała znajoma Polka z Zarudla o nazwisku Hasiak z czwórką dzieci. Nawet nie zatrzymała się, ale tylko zwolniła bieg konia, by krzyknąć do ojca tak: „Panie Różycki niech pan ucieka, bo nas na Zarudlu już mordują!”.

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/tej-nocy-z-lasu-swinarzynskiego-wyszly-upiory-z-siekierami-na-niewinny-i


Waszej Ekscelencji Adolfowi Hitlerowi oddany sługa Andrzej Szeptycki, arcybiskup


Straszne słowa! Zgroza bije z tego tytułu! Jak się to czyta, to nie chce się wierzyć, że mógł to oficjalnie, świadomie i dobrowolnie smarować abp Cerkwi grecko – katolickiej Andrzej Szeptycki ze Lwowa.

A jednak Metropolita Lwowa obrządku grecko – katolickiego dwoił się i troił, by wyprosić zwycięstwo dla Ukrainy, oficjalnie kolaborującej z III Rzeszą Niemiecką Adolfa Hitlera. Przypomniał sobie zatem pewną zakonnicę bazyliankę, która go zapewniała o zwycięstwie nazistowskiej armii Hitlera, bo miał jej o tym: „powiedzieć sam Bóg Ojciec”Starzec uczepił się tej iluzji i napisał list do samego wodza Adolfa Hitlera. List jest pełen pocieszenia dla fuhrera III Rzeszy i być może w ten oryginalny sposób również i sobie władyka dodawał otuchy. Oto poniżej treść tego przesławnego Listu:

„Wasza Ekscelencjo!

Niżej podpisany ukraiński arcybiskup obrządku bizantyjskiego we Lwowie, od wielu lat zna pewną kobietę, która też już wiele lat entuzjazmuje się Fuhrerem i zawsze za Niego się modli. Ta kobieta jest prorokinią mającą często tajemne widzenia, które według zasad mistycznej teologii mogą być uważane za słowa Najwyższego. Kobieta ta prosi mnie o napisanie pisma. Czynię to z ochotą w nadziei, że tym samym spełniam swój obowiązek wobec Waszej Ekscelencji. Prorokini tej powiedziano wiele: Hitler w pokorze prosił mnie o zwycięstwo. Będzie on wysłuchany i zdobędzie największą na świecie sławę, jeżeli wypełni to, czego od niego wymagam. Powinien on w pełnej jednomyślności z głową chrześcijaństwa, Jego Świątobliwością papieżem rzymskim, pomóc chrześcijaństwu w uzyskaniu zwycięstwa… . Jeżeli Wasza Ekscelencja zechce uzyskać więcej danych, tedy jestem do usług. Waszej Ekscelencji oddany sługa Andrzej Szeptycki, arcybiskup”.

Odpowiedź od nazistowskiej bestii, jak się tego należało spodziewać, nie nadeszła! Rodzi się jednak w uczciwym sercu naturalne, inne pytanie, mianowicie czy papież Franciszek który zatwierdził 16 lipca 2015 r. dekrety o heroiczności cnót ośmiorga sług Bożych, w tym greckokatolickiego metropolity lwowskiego Andrzeja Szeptyckiego, wiedział o tym powyższym, haniebnym Liście i znał jego wstrząsającą treść?! Rodzi się też inne b. ważne pytanie, czy Nuncjusz Apostolski abp Celestino Migliore, a potem Jego następca Nuncjusz Apostolski abp Salvatore Pennacchio, przekazują regularnie do Watykanu i do samego papieża, wieści o licznych i b. krytycznych publikacjach w Polsce, względem tego łotra, którego chce się wynieść obecnie na Ołtarze Kościoła?!

Dla przykładu Listę opublikowaną i dostępną obecnie w internecie: „Nie dla beatyfikacji abp Andrzeja Szeptyckiego”, na dzień dzisiejszy podpisało z imienia i nazwiska aż 932 osoby z Polski i całego świata, a 228 innych osób uczyniło to nie ujawniając swoich danych. To wielka rzesza ludzi! Lista ta wciąż jest uaktualniana o nowe wpisy!

Dlatego raz jeszcze: nie bądź bierny! Nie bądź letni! W końcu nie bądź tchórzem i nie bój się mówić tego, co czujesz, o czym dobrze wiesz i co jest zwykłą prawdą. Protestuj i Ty! Masz do tego święte prawo! Możesz tego dokonać jeszcze dziś na specjalnie stworzonej, ku temu stronie pod adresem:

http://www.petycjeonline.com/nie_dla_beatyfikacji_abp_andrzeja_szeptyckiego(link is external

P.S

List Metropolity Andrzeja Szeptyckiego jest to fragment zaczerpnięty z opracowania dostępnego od wielu lat w internecie: „Metropolita Andrzej Szeptycki – wybrane teksty krytyczne”, podkreślenia zaś w tekście, pochodzą od autora bloga S. T. Roch
Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/waszej-ekscelencji-adolfowi-hitlerowi-oddany-sluga-andrzej-szeptycki

 

 

RZEŹ KOLONII GŁĘBOCZYCA NA WOŁYNIU

Głęboczyca znana także niekiedy jako Głęboczyce, to duża kolonia polska w gminie Olesk na Ziemi Włodzimierskiej na Wołyniu. Liczyła 70 gospodarstw w tym tylko cztery rodziny ukraińskie. Tradycyjnie rodziny polskie na Wołyniu, były wielopokoleniowe i wielodzietne, po temu w niektórych gospodarstwach żyło więcej niż jedna rodzina.

Okres miedzywojenny to typowa wołyńska sielanka, ludzie żyli zgodnie i naprawdę szczęśliwie. Wszystko zmieniło się podczas demonicznej II wojny światowej. Oba bezwzględne totalitaryzmy: sowiecki i nazistowski b. szybko odmieniły serca spokojnej ludności ukraińskiej, która zatruta nadto przez nienawistną propagandę OUN – UPA, rzuciła się masowo mordować niewinną ludność polską na Kresach, a w tym i na Wołyniu.

Niemal tradycyjnie zaczęło się od Żydów. Niemal wszystkie pogromy na Kresach, właściwie zawsze zaczynają się od pogromów ludności żydowskiej i tym razem było nie inaczej. Rzeźnikami byli Niemcy, a wydatnie wspierała ich w tych haniebnych mordach pomocnicza policja ukraińska. Po temu od 1942 r. wśród ludności polskiej w kolonii Głęboczyca, ukrywło się wielu Żydów. To kolejny dowód na poczciwość i ofiarność mieszkańców tej kolonii.

Widziałem popa i procesję, słyszałem co śpiewali, a po czasie była ta rzeź diabelska

Pan Dionizy Sobieraj: „Do 29 sierpnia 1943 roku z rodzicami i rodzeństwem mieszkałam we wsi Głęboczyce. Po zajęciu naszych terenów przez wojska radzieckie Ukraińcy pełnili u nich służbę jako policjanci oraz pracowali w urzędach. Po wejściu wojsk niemieckich Ukraińcy od razu służyli nowej władzy również jako policjanci. Od 1942 roku rozpoczęły się wywózki młodych Polaków na roboty do Niemiec. Do wywózek wyznaczała Polaków ukraińska policja. Z mojej rodziny został wywieziony mój brat Kazimierz.

Od 1943 roku zaczęły do nas docierać sygnały o  mordowaniu Polaków przez Ukraińców. Już od wiosny 1943 roku nie było możliwości opuszczenia naszej wsi, dokoła której były posterunki ukraińskie. W naszej wsi mieszkała kobieta o nazwisku Kicka, do której przychodził Ukrainiec, spoza Głęboczycy. Opowiadała, że przynosi jej ubrania z rabunków i morderstw w innych wsiach. W tym czasie przez naszą wieś przejeżdżali furmankami uzbrojeni Ukraińcy. Nie kryli się przy tym ze swymi zamiarami w stosunku do Polaków, śpiewając piosenkę, której treść pamiętam do dziś: ‘Wyrezali my Żydów, Wyreżemy i Lachiw, od małego do starogo. Nie ostaniś ni odnogo’

W tym miejscu chciałbym także dodać, iż przypominam sobie, że w tym okresie Ukraińcy w pobliżu wsi Turyczany obok drogi prowadzącej do Głęboczycy usypali z ziemi kopiec i zatknęli krzyż prawosławny. Było to latem 1943 roku. Wtedy z kolegami ukradkiem zbliżyłem się do tego miejsca. Widziałem procesję ze sztandarami, szedł tam też pop ubrany w szaty liturgiczne. W czasie tej procesji Ukraińcy najpierw śpiewali pieśni cerkiewne, a następnie tę piosenkę, której treść wyżej zacytowałem.

Po zobaczeniu tej procesji uciekłem stamtąd i więcej już tam nie chodziłem. 22 sierpnia 1943 roku na polecenie Ukraińców mój ojciec wyjechał furmanką. Oprócz niego wyjechali także Winiarski, Małecki i Iwański. Wszyscy zostali zamordowani. Następnej niedzieli 29 sierpnia 1943 r. wcześnie rano pędziłem krowy na pastwisko. Tylko zdążyłem wyjść z podwórka, a tu jakiś mężczyzna w pobliżu ogrodu krzyknął ‘Bulbowcy mordują’. Wtedy zauważyłem idących rzędem Ukraińców.

Wówczas szybko wróciłem i poinformowałem mamę i rodzeństwo. Kiedy uciekaliśmy zauważyłem, jak jakiś Ukrainiec uderzył babcię Franciszkę Kazańską ostrzem siekiery. Nie zatrzymując się, uciekałem dalej. Resztę mojej rodziny dogoniłem na skraju wsi. Tam już było dużo ludzi. Wszyscy uciekaliśmy na łąkę. Wkrótce jednak zobaczyliśmy na drodze uzbrojonych Ukraińców. Wtedy prawie cały tłum cofnął się w stronę zabudowań. Nasza rodzina schroniła się w rowie i nim przesuwała się stronę drogi, pozostali zaatakowani zostali przez Ukrainców na koniach. Nie widzieliśmy masakry, ale słychać było przeraźliwe krzyki. Nam udało się szczęśliwie dotrzeć do krzaków. Po jakimś czasie doszliśmy do rzeki Turii, skąd blisko było do domu mamy siostry. Razem z Kubickimi dotarliśmy do Włodzimierza.” [16]

Zatem już od 1943 r. policjanci ukraińscy nękali ludność polską nocnymi rewizjami w poszukiwaniu broni i przechowywanych Żydów. W marcu 1943 r. nacjonaliści ukraińscy zamordowali leśniczego Jana Chodorowskiego. [1]

Pani Lucyna Szubert wspomina: „W naszej wsi i najbliższych okolicach już od pierwszych dni 1943 r. zaczęły się nasilać represje i aresztowania. Mężczyźni i starsza młodzież ukrywali się w zakamarkach zabudowań, piwnicach, na polach, lub w lesie. Aresztowania i rewizje miały miejsce co dnia, bywały i nocami. Zakazane było poruszanie się pomiędzy wsiami. Nie mogliśmy odwiedzać się wzajemnie, kontaktować z ludźmi z innych osiedli”. [3] A pan Jan Winiarski z Głęboczycy napisał po wojnie: „Widziałem nagminne szykanowanie ludności polskiej, szukanie broni, wywożenie młodzieży do Niemiec, mordowanie Żydów”. [4]

Miał połamane ręce i nogi oraz wydłubane oczy

Pani Konstancja Szczepańska pisze: „Pierwsze represje i mordy  w naszej wsi Głęboczyce rozpoczęły się wczesną wiosną  1943 r. po rozbrojeniu załogi niemieckiej przez bandę UPA i spaleniu dworu dziedzica Krzyżanowskiego. Sam dziedzic wyjechał ze swojego majątku, około roku wcześniej. Po tym napadzie nasiliły się rewizje i represje w stosunku do ludności polskiej. Mój mąż Władysław chodząc często po lesie, znajdował zakopane ciała pomordowanych Polaków. Powiadamiał rodziny. Pewnego dnia znalazł zmasakrowane ciało chłopca z naszej wsi Tadeusza Iwańskiego, aresztowanego kilka dni wcześniej. Miał połamane ręce i nogi, wydłubane oczy. Pogrzeb po wcześniejszym  zezwoleniu urządziła mu matka” [5]

Tak oto na oczach zastraszanej, prostej, bezbronnej ludności, drogą przez Głęboczycę nacjonaliści ukraińscy zwozili zwabionych, uprowadzonych, schwytanch, co mężniejszych na kolonii i w całej okolicy Polaków, po czym w pobliskim lesie i na gliniankach mordowali skrytobójczo, stosując b. często okrutne tortury.

Pani Lucyna Szubert: „15 sierpnia 1943 r. przyszło do nas czterech uzbrojonych w karabiny upowców. Wyznaczyli ojca na podwodę. W tym samym dniu razem wyjechali do lasu: ojciec Stanisław Sobieraj, Grela Adam, Wieniarski Michał, Iwański Adam i Lipert. Na każdym wozie siedziało po kilku Ukraińców z bronią. Dowiedzieliśmy się potem, że furmani zaraz po wyjeździe ze wsi zostali związani i już do domów nie powrócili. Zamordowano ich w okolicach staweckiego lasu. W tym czasie jawnie, nie kryjąc się z zamiarami, śpiewali piosenkę: ‘Polaków wyriżem, Ukrainu zbudujem’.” [6]

Pani Konstancja Szczepańska: „Tuż przed samym dniem 29 sierpnia 1943 r., można było zauważyć dziwne zachowanie się Ukraińców w stosunku do ludności polskiej. Omijali oni znajomych, nie chcieli rozmawiać, wcześniej tego nie było” [7]

Mama zaczęła krzyczeć i przestała, gdy ojczym uderzył ją siekierą w głowę, co widziałem

29 sierpnia 1943 r. zbrojna grupa Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), wspierana przez chłopów ukraińskich z sąsiednich wsi, dokonała napadu na kolonię Głęboczyca, podczas którego zginęło około 250 Polaków. Po otoczeniu wsi, tak by nikt nie mógł uciec z masakry, przystąpiono do mordowania, głównie siekierami, widłami, szpadlami, kijami. Nad ofiarami jak zwykle zresztą znęcano się diabelsko, ucinając ręce, nogi, język itp. Co do przebiegu masakry relacje świadków są na ogół zgodne. Atak nastąpił o świcie nad ranem, około 4.00. Na dworze było jeszcze szaro. Większość mieszkańców Głęboczycy została zaskoczona w śnie.Inni zaalarmowani strzałami i przeraźliwymi krzykami tych, którzy już byli mordowani pośpiesznie opuszczali domy i uciekali.

Wspomina Eugeniusz Sobieraj mieszkaniec Głoboczycy: „W niedzielę 29 sierpnia 1943 r. rano, kiedy słońce jeszcze nie wzeszło, mój ojciec Antoni obudził mnie pośpiesznie. Wybiegliśmy na podwórko i usłyszeliśmy rzadkie strzały na naszej kolonii. Z jednego kierunku dobiegł nas krzyk kobiety: ‘O Jezu, Jezu!’ i zaraz zamilkł, z innej strony rozległ się śmiertelny jęk żeńskiego głosu: ‘Jezus, Maria, ratuj!’ i natychmiast ucichł. U Jana Zamrzyckiego słyszałem niesamowity, głośny pisk i krzyk dzieci, który za chwilę także zamilkł.

Wtedy mój ojciec Antoni, matka Ewa, siostra Regina, brat Lucek oraz stryj Marceli z żoną i dwojgiem dzieci zrozumieliśmy, że upowcy mordują Polaków i zaczęliśmy uciekać w kierunku Jagodna. Stryj Marcel przypomniał sobie, że ma zakopany karabin pod gruszą. Więc on, ojciec i ja wróciliśmy, żeby wziąć tę broń. Ale do gruszy nie doszliśmy, ponieważ byli już tam Ukraińcy. Wróciliśmy biegiem do mamy i reszty rodziny. Zobaczyliśmy ich wszystkich pomordowanych w rowie. Mama i stryjenka Marcelowa były przebite widłami w brzuchy, jeszcze się ruszały. Dzieci tak samo zakłute, mocno zbroczone krwią, były już martwe.

Na moment przystanęliśmy przy nich ale widzieliśmy, że nic im nie pomożemy. A tu za nami pędził banderowiec na koniu. Zaczęliśmy uciekać w kierunku gospodarstwa diaka na Jagodnem. Stryjek Marcel odłączył się od nas i pobiegł na grzęzawisko, które było niedaleko. Od tamtej pory nigdy go nie widziałem. Ja z ojcem wpadliśmy na drogę, która była ogrodzona łozowym płotem od gospodarstwa diaka, aż do łąki, na której zostało zamordowane moje rodzeństwo. Gdy Ukrainiec na koniu nas dogonił, ja automatycznie przeskoczyłem przez łozowy płot do sadu, oglądając się, co dzieje się z tatą. Jeździec pędząc na koniu uderzył ojca grubym kijem lub siekierą, ponowił ciosy kilka razy, ojciec upadł. Leżącego bandyta uderzył jeszcze kilka razy, potem ruszył w moim kierunku. Byliśmy w sadzie, nie mógł mnie dogonić. Przebiegłem przez drogę i wlazłem w kopę zboża. Straciłem świadomość. Gdy się obudziłem była noc. Widocznie dostałem wtedy ataku padaczki, która mnie prześladuje do dziś”. [8]

Młody chłopak tak zapamiętał te wydarzenia: „Tej nocy spałem w kuchni, a mama z moim ojczymem Ogniewczukiem w sypialni. Obudziłem się rano i słyszałem, że ojczym wstał i wyszedł na dwór. Popatrzyłem przez okno i zobaczyłem iż bierze siekierę, która była przy pieńku na podwórzu i wraca z nią do mieszkania. Wtedy otworzyłem okno i wyskoczyłem na zewnątrz. Chwilę zatrzymałem się przy oknie pokoju. Wtem mama zaczęła krzyczeć i zaraz przestała, gdy ojczym uderzył ją siekierą w głowę, co widziałem. Wtedy ten człowiek wyskoczył z chaty i zaczął mnie gonić ale ja mając 14 lat byłem młody i uciekłem.

Ten Ogniewczuk wydawał wyroki śmierci na Żydów, Cyganów, a później Polaków. Każdego skazanego przywozili naszym traktorem do glinianki nad Turią, położonej za obejściem Grelii i tam go zabijali. Widział to mój wujek Ulański, który mieszkał po drugiej stronie rzeki. Za rzeką Turią na przeciwko Grzesiaka mieszkał Ukrainiec Trochim, którego Polak bardzo lubił. W dzień napadu Grzesiak i jego żona, zbiegli do ich sąsiada Trochima, ten zamiast ukryć polskie małżeństwo albo sam je zamordował, albo wydał je oprawcom” [9]

Krzyczał do dziecka: czy nie wiesz gdzie dzisiaj jest twoje miejsce

Niektórzy mieszkańcy Głęboczycy uniknęli śmierci, gdyż nie nocowali tego dnia w swoich domach. Wspomina pani Lucyna Szubert zamieszkała obecnie w Koszalinie: „Tę noc cała nasza rodzina spędziła w konopiach. Zbudził nas krzyk sąsiadki Adamkowej: ‘Uciekajcie bo wszystkich mordują’. Było nas pięcioro i mama. Zerwaliśmy się do ucieczki. Pobiegliśmy do sąsiada Ukraińca w b. podeszłym wieku. Ten chwycił widły i wypędził nas z podwórka. Wtedy popędziliśmy do lasu. Po drodze spotkaliśmy dużą grupę ludzi uciekających w tym samym kierunku. Pod lasem moja mama zatrzymała nas na chwilę i skierowała wzdłuż skraju zarośli. Spotkani ludzie pobiegli w głąb lasu, a za nimi ruszyli upowcy. Dopędzili biedaków i mordowali siekierami, bo strzałów nie było słychać. My zaś ile tchu i sił biegliśmy brzegiem lasu w kierunku wsi Orlechówka, tam spotkaliśmy jadące wozy z Niemcami, którzy wybrali się po żywność. Wraz z nimi dotarliśmy do Włodzimierza”. [10]

Pani Ograbek Katarzyna: „Noc z 28 na 29 sierpnia 1943 r. była bardzo niespokojna. W oddali słychać było rżenie koni, wycie psów i odgłosy strzałów. Wyszłam z mężem na podwórko. Ojciec, mama, siostra i brat zostali w domu. Ja i mąż nie wróciliśmy do mieszkania. Ukryliśmy się na strychu w oborze. Nad ranem usłyszeliśmy hałas na podwórku, krzyki mojej rodziny i głośne rozmowy Ukraińców. Chciałam zejść i zobaczyć, co się dzieje ale mój mąż mi nie pozwolił.

Po około 10 minutach wszystko ucichło, na podwórku zrobiło się spokojnie. Dlatego postanowiłam zobaczyć co się stało. Gdy wyszłam na dwór, zauważyłam kilku Ukraińców w obejściu u sąsiada, który właśnie wyprowadzał konia. Jeden z banderowców spłoszył zwierzę a potem uderzył gospodarza jakimś ostrym narzędziem tak, że jego głowa potoczyła się po ziemi. Gdy to zobaczyłam wpadłam do domu, aby ostrzec swoją rodzinę. Jednak było już za późno! Całe mieszkanie pokryły kałuże krwi. Mój ojciec Jan Krakowiak leżał w progu przebity bagnetem, mama Karolina Krakowiak rozciągnęła się na łóżku zalana krwią, z drugiego pokoju dochodziły jęki siostry.

Przestraszona uciekłam stamtąd, wróciłam do męża i o tym wszystkim opowiedziałam. Gdy mąż to usłyszał, wyrwał słomę z dachu, tak abyśmy mogli obserwować, co się dzieje. Za kilka minut tamci znów wrócili na nasze podwórko. Wtedy poznałam jednego z nich. Był to nasz sąsiad Wołodia Tarasiuk oraz inni z sąsiednich wsi. Grupa ta wykopała dół pod progiem naszego domu, a potem zniosła zwłoki moich rodziców i ośmioletniego brata Stefana Krakowiaka  i wrzuciła do tego dołu. W trakcie tego wyszła z domu moja siostra Ania lat 11. Usiadła na drzewie i patrzyła, co robią Ukraińcy z naszymi bliskimi, bardzo płacząc. Nagle przyjechał banderowiec na koniu i zaczął krzyczeć na pracujących, dlaczego tutaj jeszcze nie skończyli, że dawno powinni być w następnej zagrodzie.

Potem zauważył moją siostrę Anię, zsiadł z konia i zaczął na nią wrzeszczeć i spytał: ‘Czy nie wiesz gdzie dzisiaj jest twoje miejsce’, potem złapał ją za włosy, doprowadził do domu i kazał położyć się na ciałach naszych rodziców, ale nie chciała. Wtedy uderzył ją szpadlem w głowę, zachwiała się i wpadła do dołu, ale jeszcze żyła. Oni jednak zasypali dół.

Gdy skończyli, poszli do następnej zagrody naszych sąsiadów Sławskich. Widziałam jak zakopali osiem pomordowanych osób. W pewnym momencie jeden z oprawców złapał małe dziecko za nóżki i uderzył głową o słup, a potem wrzucił do dołu. Zostaliśmy w oborze jeszcze na noc, bo baliśmy się, że kiedy wyjdziemy z ukrycia, złapią nas i zabiją. W dniu 30 sierpnia ukraińscy oprawcy wrócili do Głęboczycy, aby ograbić domy, w których wymordowali wcześniej Polaków. Na drabiniaste wozy, zaprzężone w cztery konie, ładowali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość: ubrania, pościel, meble i inne sprzęty domowe. Zabrali także bydło, konie i inny inwentarz. Gdy odjechali, uciekliśmy w nocy 30 sierpnia. Początkowo ukrywaliśmy się w grobowcu na cmentarzu. Na drugi dzień przedostaliśmy się do Maciejowa, a potem do Chełma”. [11]

Ukraińcy dopędzili je i zarąbali na moich oczach

Lucjan Metrzelski po wojnie mieszkający w Przemyślu wspomina: „Za Polski przedwrześniowej mieszkałem wraz z rodzicami i rodzeństwem we wsi Głęboczyce. Ojciec posiadał średnie gospodarstwo rolne. Nadeszła okupacja hitlerowska, a wraz z nią szerzący się nacjonalizm ukraiński. Powstały bandy UPA głoszące śmierć ludności polskiej na tych terenach.Nad ranem 1 września 1943 r. we wsi Głęboczyce wszystkie zabudowania polskie zostały otoczone przez miejscowych rezunów, uzbrojonych w siekiery i widły. Zaskoczeni Polacy zaczęli uciekać. Ale napastnicy dopadali ich i zarąbywali. Ja miałem wtedy 15 lat. W zamieszaniu wyskoczyłem z domu. Za mną podążyły dwie moje siostry. Ukraińcy dopędzili je i zarąbali na moich oczach. W domu zginęli rodzice i pozostałe rodzeństwo, to znaczy: Metrzelski Stanisław lat 53, Metrzelska Helena lat 43, Metrzelska Zofia lat 18, Metrzelska Helena lat 16, Metrzelska Marcela lat 7, Metrzelska  Krystyna lat 4, Metrzelska Henryka lat 2, Metrzelski Hieronim lat 6.

Ja uciekłem w pole z najbliższym sąsiadem Janem Mamotem. Za nim biegł też jego syn Marian, dopadli biedaka i zabili. Z rodziny Mamota banderowcy zamordowali: Mamot Franciszka lat 40, Mamot Bronisława lat 6, Mamot Helena lat 3, Mamot Marian lat 9, Mamot Władysława           lat 14.

Władysław Siemaszko i Ewa Siemaszko w monumentalnym dziele: „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów uraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945” przy tej miejscowości podają, że ustalono nazwiska 199 osób, Polaków zamordowanych 29 sierpnia 1943 r. i w kilku dniach następnych. Dalej przytaczają wszystkie te osoby z imienia i nazwiska w układzie alfabetycznym.

Na koniec warto jeszcze dodać, że b. duża liczba Ukraińców brała czynny udział w ludobójstwie na Polakach. Napad na Głęboczycę był częścią większej akcji UPA na zachodzie Wołynia. Tego samego dnia wymordowano inne pobliskie miejscowości polskie. Niestety wydaje się, że większość Ukraińców popierała to demoniczne, wołyńskie ludobójstwo, choć zdarzały się i chlubne wyjątki, gdy dwoje dzieci, chłopiec lat 6 i dziewczynka lat 2, zostały dobrodusznie uratowane przez sprawiedliwego Ukraińca Aleksandra Kuszneruka i w 1944 r.  przekazane do PCK w Chełmie Lubelskim. [2]

Po dziś dzień nic niewiadomo, by na terenie dawnej polskiej kolonii Głęboczyca, przeprowadzono ekshumację kości męczenników Wołynia i Kresów. A przecież nie trzeba wydaje się nikomu tłumaczyć dlaczego jest to wciąż niespełnionym obowiązkiem państwa polskiego oraz Kościoła katolickiego, którego wierni Owi nie zostali godnie pochowani, po dziś dzień, choć od zbrodni ludobójstwa upłynęło już de facto 74 lata.

Powższe opracowanie to fragment Pracy Magisterskiej autora bloga S.T. Roch, napisanej pod kierunkiem Prof. dr hab. Mieczysława Tanty, obronionej 9 maja 1997 r. w IH UW, zatytułowanej: „Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich popełnione na Polakach w powiecie Włodzimierz Wołyński w latach 1939 – 1944”

http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/rzez-kolonii-gleboczyca-na-wolyniu

 

 

http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/ludobojstwo-w-kolonii-wladyslawowka-na-ziemi-swojczowskiej-na-wolyniu

LUDOBÓJSTWO W KOLONII WŁADYSŁAWÓWKA NA ZIEMI SWOJCZOWSKIEJ NA WOŁYNIU

 

Inwazja Niemiec hitlerowskich na Rosję sowiecką latem 1941 r. zmieniła wszystko w moim życiu, rozpoczęła się bowiem ciężka, dramatyczna okupacja niemiecka, brzemienna w skutkach dla Polaków na Wołyniu. Póki co przez rok czasu panował u nas względny spokój, Ukraińcy siedzieli cicho, było to jak przysłowiowa cisza przed burzą. Od połowy 1942 r. pojawiły się pierwsze sygnały, że Niemcy wyznaczają młodych Polaków do przymusowej pracy w Niemczech. Nie było to jeszcze poważnym obciążeniem, a zagrożona była najczęściej dorosła młodzież. W naszej okolicy nawet nie było znać ukraińskiej policji w służbie niemieckiej.

Latem 1942 r. Niemcy wysługując się Ukraińcami rozpoczęli również gwałtowną akcję wyniszczania Wołyńskich Żydów. Powszechnie było wiadomo, że zamykają ich w gettach, a potem systematycznie eksterminują. W naszej wiosce wielu gospodarzy polskich przechowywało wielu Żydów i nawet nasi sąsiedzi Nowaczyński Jan i Janina, ukrywali dwie Żydówki i małe dziecko. Ktoś to jednak przyuważył i dosniósł o tym policji ukraińskiej. Do dziś pamiętam jak do naszego domu wpadł wściekły Ukrainiec i krzyczał do mego ojca: „Ty masz Żydów, wydaj ich zaraz tu, bo jak sami znajdziemy, to zabijemy was wszystkich na miejscu!”. Ale nasz tata nikogo nie ukrywał, tak że nikogo nie znaleźli. Niestety u Nowaczyńskich znaleźli i zabrali ze sobą do lasu. Wiadomo co tam z nimi zrobili.

Wiem jednak, że pomimo wszystko, niektórym udało się do końca, do dnia rzezi w naszej kolonii, przechować niektórych Żydów. Dla przykładu Polak z Władysławówki, który mieszkał pod samym lasem, pan Strojwąs, zbudował schron na skraju lasu i tam ukrywał i żywił całą żydowską rodzinę, tak aż po dzień rzezi. Potem musieli uciekać, a jednak udało im się, podobnie i rodzina Strojwąsów przeżyła. Po wojnie osiadła w Hrubieszowskiem na Zamojszczyźnie. Skąd mi to wiadomo? Otóż po wojnie, może w 1964 lub 65 r., raz jeden z mężem odwiedziliśmy pana Strojwąsa i jego rodzinę w ich domu. Byliśmy ciekawi, co stało się z tą rodziną żydowską. O dziwo pomimo tak piekielnych trudności, przeżyli i przedostali się szczęśliwie do Izraela. Po wojnie nie zapomnieli swoich dobroczyńców, ale odnaleźli rodzinę pana Strojwąsa i przysłali specjalne podziękowanie za tak uratowane życie. Mówił nam o tym sam Strojwąs.

Właściwie do zimy 1942 r. było spokojnie i Ukraińcy jeszcze nie atakowali Polaków. Podobnie zima była jeszcze w miarę spokojna i nie znać było obaw przed Ukraińcami. Dopiero od marca 1943 r., tylko śnieg ustąpił, a już tata mówił w domu, że Ukraińcy poczynają mordować Polaków. Gdy przychodziła noc całą rodziną opuszczaliśmy dom i szliśmy spać do sąsiadów Ukraińców o nazwisku Kłosowski. Sytuacja z dnia na dzień stawała się coraz bardziej trudna, tak że co raz to jakaś rodzina potajemnie uciekała do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Właśnie Jan Nowaczyński zabrał swoją rodzinę i wszyscy uciekli do miasta, jeszcze przed zimą 1942 r. . Jego gospodarstwo zajęła ukraińska rodzina znad Buga o nazwisku Kłosowscy i to u nich właśnie czasami ukrywaliśmy się po nocach. Takich Ukraińców Niemcy osiedlili w naszej kolonii ze cztery rodziny.

Dużo więcej Ukraińców znad Buga, było na kolonii Ewin bowiem była to kolonia wcześniej w większości zamieszkana przez rodziny niemieckie. Było nawet 30 numerów – to była duża niemiecka kolonia, podobnie zresztą inna pobliska kolonia Wandywola. Z Polaków na Ewinie to byli właśnie Antoni Kaliniak i Józef Szklarski. Kiedy w 1940 r. Niemcy przez umowę państwową III Rzeszy Niemickiej z Sowietami, wyjechali do Raichu, Sowieci osiedlali na tych opuszczonych już gospodarstwach właśnie owych Ukraińców znad Buga.

Wracam do ciężkiej wiosny 1943 r., otóż w tym czasie często nocowaliśmy także w lesie i na polu. Czuliśmy się zastraszeni i bardzo cierpieliśmy. Nie pamiętam by ktoś na naszej kolonii organizował samoobronę, oddział partyzancki by się bronić, stawić opór w razie napadu. Nie potrafię tego dziś zrozumieć i widzę tę naszą społeczność, taką bezbronną, jak barnki na rzeź prowadzoną. Kiedy się nad tym zastanawiam to przypominam sobie, jak Ukraińcy sprytnie paraliżowali strachem polskie rodziny. Mianowicie przyjeżdżali uzbrojeni Ukraińcy wozami do Władysławówki, chodzili do domów i brali samych młodych mężczyzn, tłumacząc że będą tworzyć w lesie polską partyzantkę w Lesie Świnarzyńskim. To było około kwietnia 1943 r. .

Z naszej kolonii, szczególnie z drugiego końca od Lasu Kohyleńskiego, nabrali wielu chłopaków, razem było może nawet 10, a przy tym tylko 3 banderowców wartowników. Widać było, że samymi rękoma mogli tych Ukraińców podusić. Proste pytanie czemu tego nie zrobili można wyjaśnić jedynie tak, uwierzyli mianowicie w ukraińską zbrodniczą propagandę, o tworzeniu polskiej partyzantki. Pamiętam jaka byłam ciekawa i osobiście z innymi dziećmi pobiegłam na drogę, by poprzyglądać się tym chłopom. Głowy mieli pospuszczane i byli smutni. Tak ich zabrali i z tym dniem wszelki ślad po nich zaginął. Na pewno wszyscy zostali bestialsko pomordowani w lesie. Szkoda że dziś nie pamiętam ich nazwisk ale dwóch rozpoznałam, byli mi bowiem znajomi. Ludzie potem powszechnie mówili między sobą, że na pewno ich zamęczyli, a jednak nikt nie próbował dalej organizować samoobrony. Za to coraz częściej Polacy całymi rodzinami uciekali do miasta.

 

Dni grozy i noce pełne strachu

 

Na wiosnę 1943 r. zmarł mój dziadzio Marcin Kaliniak ale na pogrzeb pojechał tylko nasz tatuś Piotr Kaliniak i jego rodzony brat Antoni. Obowiązywał już wszystkich zakaz uczestniczenia w nabożeństwach w kościele w Swojczowie. Ukraińcy b. obawiali się tłumnych spotkań Polaków przy naszym kościele. Nawet w niedzielę nie chodziliśmy już do kościoła, nawet nasi rodzice. Dlatego też rok 1943 zapisał się w mojej pamięci, czasem bez mszy świętej, innym Polakom z kolonii Władysławówka podobnie. Mszę za dziadzia odprawił nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski, a jego ciało spoczęło na cmentarzu w Swojczowie. Tam też pochowano babcię Teklę, żonę Marcina, która zmarła wiele lat wcześniej.

Dodam jeszcze, że Niemców w 1940 r. w wielkie mrozy woził do granicy na Bugu swoim wozem dziadzio Józef Szklarski i tak się poważnie zaziębił, że po dwóch tygodniach leżenia w łóżku pomarł. Ks Jaworski pochował go także na cmentarzu w Swojczowie. Podobnie babcia Emilia zmarła rok przed wojną w 1938 r. . Osobiście brałam udział w tym pogrzebie i widziałam jeszcze, że mieli Szklarscy na cmentarzu ładny pomnik. Na tę uroczystość przyjechała nawet mama babci Emilii, a moja prababcia Kamińska z Bełżyc w Lubelskiem.

Od maja 1943 r. uzbrojeni Ukraińcy, nie kryjąc się wcale przejeżdżali przez naszą wieś i głośno śpiewali wrogie piosenki, dla przykładu: „Smert, smert Lachom……” . Szczególnie głośnym echem odbiło się w naszych stronach wymordowanie dwóch polskich rodzin: Rudnickich, a jakiś czas potem Romanowskich w sąsiedniej kolonii Augustów.

Prawdziwa tragedia naszej społeczności zaczęła się właściwie od Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 r., kiedy to lotem ptaka dowiedzieliśmy się, że Ukraińcy wymordowali wszystkich mieszkańców Dominopola. Dużej i starej wsi polskiej w naszej parafii. Z tej makabrycznej zbrodni wyratowały się tylko cudem, nieliczne jednostki, często pokaleczone i bliskie obłędu. A to co opowiadano sobie o przebiegu pogromu, mroziło krew w żyłach. Wiedzę o tej tragedii zawdzięczamy panu Nowaczyńskiemu, który cudem zdołał wydostać się z mordowanej i szczelnie pilnowanej przez banderowców wsi. Resztkami sił przedostał się do Władysławówki i schronił się u swojego rodzonego brata. W naszej kolonii wielu było Nowaczyńskich, ten był sąsiadem Ambrożego Schaba. Wieści które przekazywał w oka mgnieniu rozeszły się po naszej okolicy. Moj tata Piotr Kaliniak udał się tam osobiście i wysłuchał uważnie całej tej historii. Kiedy wrócił mówił naszej mamie w domu: „Działy się tam straszne rzeczy, Ukraińcy wymordowali podstępnie wszystkich mieszkańców Dominopola, a sam Nowaczyński wciaż nie może przyjść do siebie.”

Od tego dnia wielki strach padł na wszystkich mieszkańców naszej kolonii. Niemniej jednak nikt z nas nie widział jeszcze wtedy, że takie barbarzyńskie napady miały miejsce, tego dnia w bardzo wielu innych miejscowościach na Wołyniu. Pomimo wszystko u nas nic właściwie się nie zmieniło, ludzie nadal nocami ukrywali się gdzie kto mógł, a w dzień pracowali.

Tak przeszedł w naszych stronach niemal cały lipiec i sierpień i tylko czasami ludzie ze strachem opowiadali sobie, kolejne akty barbarzyństwa ukraińskiego. Pod wpływem tego co się działo mój tata Piotr oraz Ambroży Schab naradzali się wspónie, by zoorganizować ludzi w naszej kolonii i wspólnie uciekać do miasta Włodzimierz Wołyński. Po rozeznaniu sytuacji, przekonali się szybko, że ogół mieszkańców naszej kolonii sprzeciwia się takiej ucieczce. Nawet żona Ambrożego Paulina tłumaczyła, jak to kobieta: „Z czego my tam będziemy żyć w mieście, gdzie my się tam podziejemy?” Tak oto ani samoobrony, ani nawet wspólnej ucieczki, nie udało się w naszej kolonii zorganizować, a oczekiwano po prostu na to, co się dalej wydarzy. Był to poważny błąd bowiem w końcu stało się to, co najgorsze.

 

Banderowskie ludobójstwo na kolonii Władysławówka

 

Napad na naszą kolonię miał miejsce w sierpniu i na pewno w samą niedzielę. O ile dobrze pamiętam było to 21 sierpnia 1943 r., około 6.00 rano. Pamiętam, że tej nocy spaliśmy w polu i właśnie wróciliśmy do domu, rozkręcał się normalny dzień, zwykłe zajęcia przy gospodarstwie. Mama moja Adela Kaliniak z d. Szklarska udała się zwyczajnie do obory, aby wydoić krowy. Ja z siostrą byłyśmy właśnie na podwórku, gdy mama powiedziała do nas: „Słuchajcie co to jest, że ludzie tak krzyczą i ktoś strzela!”

A rzeczywiście gdzieś daleko czasami słychać było co chwilę krzyk i powtarzały się pojedyńcze strzały. Mój tato słysząc to powiedział do nas wszystkich: „Wyskoczę na Ewin do brata Antoniego i zobaczę co to się dzieje.” I zaraz pobiegł przez pola. A ja dalej patrzę i nasłuchuję, bo nasze zabudowania były od drogi kawałek. Na raz patrzę, że z drogi głównej jadą do naszego domu na furmance Ukraińcy, a był ich cały wóz pięciu może sześciu. Zaraz skaczę do mamy i krzyczę, że już z drogi skręcili i jadą na naszą posesję. Mama na to rzuciła wiadro z mlekiem, wyskoczyła z obory i od razu wszyscy pobiegliśmy do naszych sąsiadów Ukraińców o nazwisku Kłosowscy. Stali już na podwórku i byli nie mniej wystraszeni jak my, widać było, że też nie wiedzą co się dzieje. Kłosowski mówi do nas: „Jak Ukraińcy biją Polaków to my was przechowamy ale jak wasi biją naszych, to nas wtedy będziecie ratować.”

Natychmiast wskazał stodołę byśmy się tam mogli dobrze ukryć. Prędko chowamy się zatem, a ja patrzę przez szparę na nasze zabudowania. Widzę bandziorów wyraźnie jak bigają po całym naszym podwórku i bardzo przy tym krzyczą. Widać jak byli wściekli, że zdążyliśmy uciec. Wyskoczyli z podwórka na pole za stodołą, stały tam kopki zżętego zboża. Może dwóch albo i trzech rozrzucało te kopki, tak wściekle nas szukali, sądzili że tam się ukryliśmy. Z pół godziny nas tak szukali po przeróżnych zakamarkach. Nie mogli sobie podarować, że ta polska rodzina zdołała się ocalić. Następnie wsiedli na wóz i odjechali tak jak przyjechali, my jednak pozostawaliśmy w ukryciu przez cały dzień, aż po zmrok.                                                                                                              Tego koszmaru nigdy nie zapomnę, przez cały dzień słychać było strzały i rozpaczliwe krzyki okrutnie mordowanych ludzi. Specjalnie słychać było jęki kobiety, długo się męczyła, może nawet godzinę tak biedna konała, potem wszystko ucichło. Po jakimś czasie Kłosowski powiedział nam, że to Irena Schabowa tak bardzo cierpiała. Przyszedł do nas do stodoły, jeszcze podczas dnia i opowiadał co widział i słyszał. Mówił, że właśnie wrócił z naszej kolonii, chodził tam wraz z innymi cztoroma Ukraińcami. Nakrywali ciała prześcieradłami, a młodzież ukraińska kopała doły i tak oto zakopywali ciała pomordowanych Polaków. Gdy nastał wieczór i wszystko ucichło zobaczyliśmy z ukrycia, że pojawił się ich syn Wacek. Był bardzo zdenerowany, rzcił wprost rowerem i chwilę rozmawiał z rodzicami. Następnie razem przyszli do stodoły, a my opuściliśmy kryjówkę wychodząc do nich.

Zaraz Wacek powiedział do nas: „Musicie uciekać ponieważ my was nie ochronimy od bandytów Ukraińców, gdyż jutro będą szukać po wszystkich domach ukraińskich, czy aby ktoś tam się nie ukrywa.” Widzieliśmy, że całe jego rzeczy były mocno splamione krwią, nie trudno było się domyslić, że brał bezpośredni udział w rzezi na Polakach. Zaraz też rzekł Wacek do swojej matki: „Idźcie matko do domu Kaliniaków i wyjmijcie z ram Obraz Święty i przynieście tutaj.” A do nas tak oto dodał: „Jak was Matka Boża nie ochroni to was nic nie ochroni!”

I rzeczywiście Kłosowska poszła do naszej chaty, wyjęła Obraz z ram, przyniosła i dała naszej mamie. Następnie, nie zwlekając wyprowadził nas Wacek przez pola w stronę Ewina. Usilnie namawiał naszą mamę, by mnie zostawiła z nim ale mama nie zgodziła się. Powiedziała krótko: „Jak zginiemy to wszystkie razem!” Zatem Wacek wrócił się do Władysławówki, a my nocą przeszłyśmy przez kolonię Ewin i zatrzymałyśmy się przy domu Antoniego Kaliniaka. Szukałyśmy tam naszego ojca Piotra, na podwórku nawoływaliśmy, czy może się tam gdzieś ukrywa, może nas usłyszy ale nikt nie odpowiadał. Przeszliśmy więc przez gospodarstwo i skierowaliśmy się na Barbarów.

Jakiś czas potem okazało się, że stryjek Antoni słyszał nas tak nawołujących ale nie wychodził. Poważnie obawiał się, że to sami Ukraińcy zmusili nas do wołania, aby także i ich rodzinę wytropić i zlikwidować. Zatrzymaliśmy się w Barbarowie u Ukraińca o nazwisku Nachwatiuk, którego syn Piotr Nachwatiuk kilka lat wcześniej ożenił się z moją stryjeczną siostrą Antoniną z domu Kaliniak, córką Antoniego. Nachwatiuk poinformował nas, że z naszych nikt do niego jak na razie nie dotarł. Udałyśmy się do lasu, ponieważ mieszkał pod lasem i przeszliśmy około dwóch km, krótko po wejściu do lasu, usłszałyśmy tuż za nami krzyki i strzelaninę. Możliwe, że ktoś nas przyuważył i teraz nas ścigali, chcieli nas tam ponownie pozabijać. Mama na to ukryła nas w chaszczach i gęstwinie i tam nas zostawiła, a sama udała się do Józefa Ostapa. Było to bowiem wciąż niedaleko naszej kolonii Władysławówka.

Ostap był przyjacielem taty. Mama powiedziała mu wszystko i zaraz przyszła do nas jego córka, chyba miała na imię Ewa lat około 25. Zabrała nas do stodoły Ostapa i tam nas dobrze ukryła, przyniosła też rzeczy. Mama wytłumaczyła Józefowi gdzie są zakopane przy naszym domu rzeczy i on rzeczywiście poszedł, odkopał i przyniósł. Te rzeczy w których uciekaliśmy, były już bardzo zniszczone. Ostap poszukiwał i naszego taty Piotra ale bez powodzenia.

Po jakimś czasie dowiedzieliśmy, że nasz tatuś Piotr w tym krytycznym momencie rzezi nie zatrzymał się u brata Antoniego ale z jego podwórka udał się do kolonii Swoczówka, gdzie mieszkała siostra naszej mamy Stanisława Kuczek. Była to mała kolonia zamieszkana przez Polaków, rozłożona nad samym lasem Świnarzyńskim. Rodzina Kuczków posłyszała już strzały i wszyscy powychodzili na podwórko, gdyż do Władysławówki było może tylko 3 km. Naraz przed ich dom wpada nasz tata Piotr i krzyczy, by natychmiast uciekali: „Uciekajcie! Ukraińcy mordują Polaków! Zabili Adelę i jej dzieci!” W pierwszym odbiorze myśleli, że tatuś oszalał, a on widząc że wcale nie reagują na jego słowa, skoczył do lasu nic więcej nie mówiąc. W lesie chciał teraz nieco odpocząć, tymczasem na Świczówce właśnie zaczynał się napad banderowców. Kiedy rodzina Kuczków posłyszała strzały i krzyki mordowanych ludzi na ich kolonii zaraz wszyscy skoczyli do lasu i tam właśnie znowu spotkali tatusia Piotra. W lesie przeczekali całą noc, a rankiem ruszyli do miasta Włodzimierza Wołyńskiego.

Na leśnych drogach spotykali wielu Polaków z różnych miejscowości, wiele było takich rodzin, zapamiętałam dramat jednej z rodzin. Małżeństwo z trzy –  miesięcznym dzieckiem, otóż mąż domagał się natarczywie, by matka dziecko pozostawiła na pastwę losu, lecz ona nie chciała o tym słyszeć, więc zostawił ją z dzieckiem i odszedł sam. Potem okazało się, że z tą chwilą ślad po nim zaginął, a ona i dziecko szczęśliwie przeżyli.

Zanim jednak cała ta grupa uciekinierów trafiła do miasta, przez cały tydzień ukrywali się po leśnych krzakach. My tymczasem nie mieliśmy o tym wszystkim pojęcia. W stodole siedzieliśmy, aż zapadły ciemności. Nocą okazało się, że w jego zabudowaniach ukrytych było znacznie więcej takich osób jak my, kóre teraz powychodziły. Razem było nas 10 osób niedobitków. Pamiętam Polaka o nazwisku Buczek z Władysławówki, innych osób nie znałam bowiem byli z innych miejscowości, przeważnaie ze wsi Dojewa. Była to mała wieś polsko-ukraińska położona niedaleko od Władysławówki, właściwie to byli nasi sąsiedzi. Położona była na łąkach i było tam około 30 domów. Miałam tam jedną koleżankę.

Nas wszystkich jeszcze tej samej nocy przeprowadził sprawiedliwy Ukrainiec Józef Ostap swoimi, sobie tylko znanymi ścieżkami leśnymi, aż w okolice miasta Włodzimierza Wołyńskiego i tam już nas zostawił. Wytłumaczył nam dokładnie drogę do miasta, a sam spiesznie wrócił do domu, też obawiał się bowiem o życie własne i jego rodziny. Szliśmy teraz razem około 1 km, a już powolutku rozwidniało się. Nagle zobaczyłiśmy żołnierzy, którzy z bronią palną biegną w naszą stronę, może było ich trzech, może czterech. Mama kazała nam się przeżegnać, mówiła że to koniec. A mieli do nas 300 m, z tym że byliśmy na łąkach i nie było gdzie uciekać. A to była polska samoobrona. Powitanie było b. radosne, ludzie płakali ze szczęścia. Zaprowadzili nas do wioski, gdzie byli sami Polacy, było tam już dużo polskich partyzantów. Zaraz dali nam pić i mogliśmy odpocząć, a po godzinie szliśmy dalej do miasta, było już tam b. blisko. [fragment wspomnień Reginy Schab z d. Kaliniak z kolonii Władysławówka na Ziemi Swojczowskiej na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S.T. Roch]

 

Wpis z dnia 31 Października 2016r.

http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/papiezu-franciszku-meczennica-wolynia-teofila-krochmal-oddala-zycie-swoje

Papieżu Franciszku męczennica Wołynia Teofila Krochmal oddała życie swoje i dziecka w heroicznej nadziei i z miłości do teściowej

 

Uroczystość Wszystkich Świętych, którą przeżywamy 1 listopada, pozwala nam oddawać cześć i modlić się w jednym dniu do wszystkich Świętych i Błogosławionych Niebiskiego Jerusalem. Znany jest powszechnie b. obszerny poczet zbawionych ludzi, których cnoty zostały uznane za heroiczne i którzy dostąpili łaski i chwały Ołtarzy. Lecz możemy mieć żywą nadzieję, że jeszcze więcej jest w Niebie takich osób, które również swoim życiem zasłużyły na świętość, a które są tam bez naszej ziemskiej wiedzy o tym. Przemawiają za tym fakty z ich poczciwego życia doczesnego, a nawet akty heroicznej miłości, włącznie z oddaniem życia za swojego bliźniego. Dziś w kontekście tych szczególnych dni Oktawy Wszystkich Świętych, ośmielam się prosić publicznie Ojca Świętego Franciszka, by zwrócił uwagę na heroiczną ofiarę czystej miłości Teofili Krochmal, ubogiej chłopki, mieszkanki kolonii Teresin na Ziemi Swojczowskiej.

Ta duża i polska kolonia należała do kat. parafii pw. Narodzenia NMP w Swojczowie na Wołyniu, a ostatnim proboszczem był ks. Franciszek Jaworski. W ostatnich dniach sierpnia ludność kolonii Teresin, została podstępnie napadnięta w nocy przez przygotowanych do rzezi ukraińskich nacjonalistów i niezwykle brutalnie wymordowana. Lecz ci którzy przeżyli tę masakrę oraz ci którzy uciekli wcześniej, zanim doszło do ludobójstwa nie pozwolili, by została zapomniana męczeńska śmierć ich rodzin i sąsiadów. Przez mroczne dziesięciolecia PRL-u, trwała żywa pamięć o Nich właśnie, którzy tam za graniczną rzeką Bug, pozostali już na wieczną wartę. A którzy po dziś dzień leżą tam w przeróżnych jamach, tak jak zakopali Ich, bez jakiegokolwiek pożegnania podli banderowcy.

Wreszcie nastąpił wymodlony i wypłakany dzień 9 sierpnia 1998 r., gdy na symbolicznej mogilę mieszkańców dawnej kolonii polskiej Teresin, stanął symboliczny, duży krzyż. O. Leszek Koszlaga OC i ks. Tadeusz Sokół w obecności świadków tamtej tragedii, poświęcili tego dnia krzyż i symboliczną mogiłę. Na tej uroczystości obecny był Eugeniusz Świstowski, żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK ps. „Dąb” oraz wielu innych, byłych mieszkańców Teresina. Poza tym obecni byli także Stanisław Piwkowski, żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK ps. „Wrzos” i pani Teresa Radziszewska z Zamościa. Podobne uroczystości miały jeszcze miejsce w wielu innych, byłych wsiach i koloniach polskich, w tym i w samym Swojczowie, gdzie krzyż stanął w miejscu zburzonej w sierpniu 1943 r. przez rezunów świątyni.

Oto poniżej dokładny opis heroicznej śmierci Teofili Krochmal oraz innych mieszkańców kolonii Teresin. Wspomina Adela Roch z d. Rusiecka, mieszkanka kolonii Teresin:

(…) Jednego dnia z moją siostrą Janiną Topolanek udałam się do kościoła farnego p.w. świętych Joachima i Anny we Włodzimierzu Wołyńskim na mszę świętą. Gdy przyszłyśmy rano, zobaczyłyśmy, że przy Ołtarzu głównym przy barierce klęczy młody mężczyzna w samej bieliźnie. Byłyśmy tym bardzo zaskoczone, ale chociaż był tyłem do nas wyglądał nam na Stanisława Krochmala z kolonii Teresin. Gdy on się tak modlił ks. Stanisław Kobyłecki udzielił błogosławieństwa, kończącego mszę świętą, podszedł i poprosił go na zakrystię. Tam musieli o wszystkim na gorąco rozmawiać! My tymczasem już domyślałyśmy się, że znów był napad na polską rodzinę, a może nawet pogrom na całej naszej kolonii i byłyśmy bardzo ciekawe, jak on zdołał uciec z rąk tych zbrodniarzy. Czekałyśmy więc cierpliwie na niego w kościele.

Po pewnym czasie, jakieś pół godziny, Stach wyszedł z zakrystii i wtedy miałyśmy okazję zobaczyć, jak bardzo jest zniszczony na twarzy. Nie ogolony, wychudły na twarzy, a oczy zapadły się głęboko, ogólnie wyglądał na bardzo zmęczonego. Znać było po prostu, że jest skrajnie wyczerpany. Kiedy nas zobaczył z początku nie poznał nas, był wyraźnie zdenerwowany i to my pierwsze musiałyśmy zacząć z nim rozmowę. Pytałyśmy go o ostatnie wydarzenia na Teresinie, jak ocalał z rzezi i co stało się z jego rodziną? Jego pierwsze słowa były bardzo wymowne: „To straszne! To straszne!”.

My jednak uprzejmie prosiłyśmy go, nalegałyśmy by powiedział, co się właściwie stało? I chociaż bardzo to przeżywał, powoli przyszedł do siebie i gdy razem opuściliśmy kościół, zaraz jeszcze przy świątyni, zaczął nam na gorąco opowiadać, co się wydarzyło w jego domu, a mówił tak: „Nad ranem przed wschodem słońca, Ukraińcy napadli na nasz dom. Złapali moją mamę i zaczęli bić na podwórzu.Ja i moja żona Teofila siedzieliśmy w piwnicy na polu, tak że wszystko dobrze widzieliśmy z ukrycia. Fila bardzo kochała moją mamę i nie mogła patrzeć, jak się nad nią znęcają, jak ją tak bezkarnie maltretują. Miała nadzieję, że ponieważ jest w ciąży, to jej Ukraińcy krzywdy jakowejś nie zrobią, więc odważnie wyszła ze schronu. Poszła do nich wprost bronić mamy, wstawić się za nią i prosić o jej ocalenie. Tymczasem Ukraińcy wcale z nią nie rozmawiali, ale od razu zaczęli i ją mordować. Na początek rozkrzyżowali i bestialsko, leżącej na ziemi, wbili jej w brzuch pal, powyżej dziecka. Następnie postanowili jeszcze trochę nią zakręcić i zaczęli obracać ją na tym palu, trzymając za ręce i nogi, zrobili z niej taki kierat. Po kilku nieludzkich obrotach, zostawili tak ciało żony i odeszli. Wszystko to widziałem na własne oczy z ukrycia. Matkę oczywiście też zamordowali. Kiedy ci zwyrodnialcy odeszli, ostrożnie podeszłem do najdroższych mi osób i byłem przerażony, gdy zobaczyłem, że te nienarodzone dzieciątko, jeszcze w niej żyło i bardzo się tłukło, bardzo się rzucało. (Staszek w tym momencie się rozpłakał i przez gorzkie łzy raz jeszcze dodał) To straszne. To straszne. Ja już nie chcę więcej o tym mówić, a dajcie wy mi spokój.”. Zapytałyśmy jeszcze tylko, co się stało z resztą jego rodziny, ale on już tylko krótko rzucił: „A ja nie wiem, chyba wybici, jak nie wrócą!”. Po tych słowach odszedł powoli i już więcej nigdy go nie widziałam. Nie wiem co się z nim potem stało, czy przeżył to piekło wojny i wyjechał do wolnej Polski. Natomiast ja i Janina wróciłyśmy do naszego miejsca zatrzymania.

Pamiętam że to była niedziela, po południu wraz z moją siostrą Michaliną, około godziny 16.00 wybrałyśmy się za miasto w okolice, gdzie był dom starców przed wojną. Tam lubiałyśmy spacerować czasami, tym razem spotkałyśmy Polaka, który był żołnierzem służącym w policji polskiej we wsi Chobułtowa. Miał na imię Zenon lat około 22 i przychodził do mojej siostry Michalinki. To on właśnie powiedział nam: „Dziś znaleźliśmy dwóch mężczyzn, którzy uciekli z kolonii Teresin, a którą ostatniej nocy napadli Ukraińcy. Wypytywaliśmy ich co się tam zdarzyło, a oni powiedzieli, że Ukraińcy urządzili rzeź Polaków.”. Zaraz potem rozstaliśmy się, a ja z siostrą szybko wróciłyśmy do naszego tymczasowego domu i zaraz wszystkich poinformowałyśmy o ostatnich, tragicznych wydarzeniach.

 

W pierwszy dzień po rzezi

W poniedziałek rano do naszego domu przy ul. Kowelskiej, ktoś z naszych przyprowadził mieszkankę Teresina Stanisławę Gdyra z d. Brzezicka lat ok. 35. Wraz z nią przyszła pani Krakowiak lat ok. 40 oraz dwoje jej dzieci: Krystyna lat około 10 i chłopiec lat około 6. Wszyscy płakali bardzo i prosili o pomoc dla mężczyzn i tych ludzi, którzy zostali wrzuceni do studni, a którzy może jeszcze żyją. W tej sytuacji nie było czasu do stracenia i ja poszłam z nimi do polskiej żandarmerii w mieście, która powstała pod niemieckim dowódźtwem. Sądziłam że im pomogę ponieważ miałam tam wielu znajomych żołnierzy. Najlepiej znałam Zdzisława Bieliniak lat 20, pochodził z kolonii polskiej Barbarówka. Dobrze znałam też Fabiana Kuszpit lat ok 21, który pochodził z Zastawia w Kohylnie bowiem wiele razy pasłam z nimi krowy na łąkach. Wielu innych poznałam, już w mieście podczas przelotnych rozmów na ulicach miasta Włodzimierza Wołyńskiego.

Kiedy prowadziłam Staszkę i Krakowiaczkę na ten posterunek one zaczęły więcej opowiadać, co tam się wydarzyło. Mówiła przede wszystkim pani Krakowiak, zagadnęłam ją bowiem tak: „Toż pani miała więcej dzieci!”. A ona na to, tak mi wyznała: „Bolek na Wólce u Ukraińców!”. Znałam Bolesława Krakowiak, był o wiele młodszy ode mnie, został oddany na służbę do Ukraińca. Chyba został zamordowany bowiem wszelki słuch o nim zaginął.

A Krakowiaczka mówiła dalej: „Dwoje moich dzieci spało w domu, gdy Ukraińcy zaczęli mordować Teresin. Chciałam je budzić, ratować, ale nia miałam już czasu. Czułam, że zanim je pobudzę, to bandziory złapią nasz wszystkich i pobiją. Pomyślałam sobie, że moje biedne dzieci śpią, to nie będą tak strasznie cierpieć, gdy będą je zarzynać i zdecydowałam się je zostawić, a wziąłam, te które miałam właśnie pod ręką.”. Krakowiaczka miała za męża Władysława Krakowiak i miała z nim dwanaścioro dzieci, w tym: Jan, Stanisław, Zofia, Tadeusz, Józef, Bolesław, Wiktor, Krystyna, tych pamiętam. Mąż pani Krakowiak zmarł jeszcze przed II wojną światową.

Pani Krakowiak była już zatem wdową i było jej b. ciężko wyżywić i wychować, tak wiele dzieci. Po temu szukała wsparcia i zapewne także związała się w latach wojny z żołnierzem sowieckim, który służył w koszarach w lesie kohyleńskim. Miała z nim nawet jeszcze jedno dziecko, to był chłopczyk lat ok 3, on także został zamordowany przez zbrodniarzy ukraińskich.

Byłam w tamtym czasie ciekawska i z wieloma ludźmi rozmawiałam, pytając zawsze o to, co się w ich stronach wydarzyło. To było niesamowite, ale w tamtych dniach powstała między nami wielka solidarność, ludzie byli braterscy, chętnie opowiadali sobie o swoich tragicznych przeżyciach, nawzajem współczuli sobie i tak jak mogli, nawzajem jeden drugiemu pomagali sobie. I ja również nie byłam inna, stąd miałam możliwość poznać wielu Polaków i usłyszeć o niejednej tragedii.

Tak więc poszliśmy do żandarmerii, zawołałam jednego chłopaka, a on Zdzicha Bieliniak, ten zaś nas wysłuchał i mówi tak: „To trochę potrwa, muszę znaleźć dowódcę i opowiedzieć mu wszystko. Ja was rozumiem i chciałbym pomóc, ale ja tu nie decyduję.”. Gdy on odszedł my cierpliwie czekaliśmy, ale to wszystko bardzo się wydłużyło. Kobiety płakały i jęczały: „Ale to długo, ale to długo.!”. W końcu przyszedł jeden z żandarmów i powiedział: „Nie pojedziemy tam, bo mamy inne sygnały groźniejsze!”. Widać było, jak ciężko było mu nam to zakomunikować. Te kobiety były załamane, zaraz po wyjściu rozeszliśmy się i kiedy wróciłam do domu słyszałam wyraźnie mocną strzelaninę. Wracając spotkałam jeszcze starszego gościa i zaczęliśmy rozmawiać. Gdy dowiedział się, że idę od polskiej żandarmerii, powiedział do mnie tak: „A i tu nas wytłuką, o jak tam się biją w Iwaniczach. Spotkałem ludzi, którzy mi opowiadali, że jakiś cywil stamtąd uciekł i dał znać o napadzie Ukraińców na naszych chłopaków.”. Zaraz wróciłam do domu, ale nic nie powiedziałam o napadzie na Iwanicze ponieważ nie chciałam martwić naszej rodziny. Obawiałam się że mamusia będzie bardzo płakała za naszym bratem Leonardem, który tam właśnie służył, wraz z innymi pilnując porządku. (fragment wspomnień Adeli Roch z d. Rusiecka z kolonii Teresin na Ziemi Swojczowskiej na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch)



Wpis z dnia 24 Października 2016 r.

http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/malenkie-dzieci-zabijali-pojedynczymi-wystrzalami-podrzucajac-je-do-gory#comment-1523554

Maleńkie dzieci zabijali pojedynczymi wystrzałami podrzucając je do góry nad jamą śmierci

 

Oto szokujący i bolesny, dokumentalny materiał filmowy z procesu morderców Żydów – członków OUN (B) służących w ukraińskiej policji pomocniczej, następnie będących żołnierzami UPA, Mykoła Dufanc, Artem Bubeła i Filip Rybaczuk. Proces odbył się w 1981 roku w Łucku.

W 1941 roku, w miejscowości Krymnoje, rejon (powiat) starowyżewski, na Wołyniu, powstało getto, gdzie policjanci Dufanc, Bubeła, Rybaczuk i inni dostarczyli 400 Żydów. Później Żydów z getta wypędzili na drogę, ustawili w kolumnę i pod konwojem zapędzili na uroczysko Piesockoje, w miejsce z uprzednio wykopanym dołem. Wszystkim rozkazali rozebrać się do naga. Następnie kolejno, w grupach rodzinnych, Żydzi byli wprowadzani do dołu, układani twarzą do ziemi, a Dufanc z kolegami ich rozstrzeliwali. Maleńkie dzieci zabijali pojedynczymi wystrzałami, podrzucając je do góry. Według zeznań samych sądzonych, egzekucja trwała około czterech godzin. W końcu dobili jeszcze żywych wystrzałami w głowę.

Sądzeni po 40-tu latach zwyrodnialcy, skazani prawomocnym wyrokiem sądowym za dokonane zbrodnie, ponadto brali udział w innych egzekucjach Żydów, Romów i Ukraińców. W lecie 1943 roku te potwory na wezwanie OUN dołączyły do UPA i brały udział w eksterminacji polskich wsi. Podczas tej masakry [w której sądzeni brali udział] ofiary były rozstrzeliwane, topione w studniach, rąbane siekierami, zamordowano około dwóch tysięcy Polaków, mienie ich zrabowano a domy zniszczono. Wraz z nimi [Polakami] zginęło kilku Żydów ukrywających się w tym czasie w tych wsiach.

Ci zbrodniarze, członkowie OUN – UPA, Mykoła Dufanc, Artem Bubeła, Filip Rybaczuk, zostali sprawiedliwie skazani na śmierć i jesienią 1981 roku, dokładnie 35 lat temu, wyrok został wykonany.

W kwietniu 1982 roku Ukraińska Grupa Helsińska nazwała ten proces represjami przeciwko członkom OUN. Aktywnym członkiem UGH w tym czasie był obecny szef WAAD Josip Zissels. W 2016 roku Zissels nazwał prezydenta Izraela Reuwena Riwlina kretynem za to, ze ten oskarżył OUN o współudział w Holokauście.

Warto zatem przypomnieć, że podczas swojego przemówienia przed Radą Najwyższą Ukrainy, Prezydent Izraela Reuwen Riwlin podkreślił, że podczas II wojny światowej Ukraińcy, a przede wszystkim ukraińscy nacjonaliści z OUN, mordowali Żydów. Powiedział to odważnie i w twarz neobanderowcom we wtorek 27 września 2016 r. w ukraińskim parlamencie, przemawiając podczas przesłuchań parlamentarnych z okazji 75. rocznicy zbrodni w Babim Jarze. Mówił: „Około 1,5 mln Żydów zginęło na terytorium dzisiejszej Ukrainy  podczas II wojny światowej w Babim Jarze i wielu innych miejscach. Byli rozstrzeliwani w lasach w pobliżu wąwozów i rowów, schowani w masowych grobach. Wielu wspólników zbrodni było ukraińskiego pochodzenia. A wśród nich wyróżniali się bojownicy OUN, którzy znęcali się nad Żydami, mordowali ich i często wydawali w ręce Niemców.”.

Jak w kontekście tego odważnego wystąpienia, wypada nasz Prezydent RP Andrzej Duda, czyżby obawiał się czegoś, by również odważnie głosić prawdę?! Tymczasem by nie było niedomówień Prezydent Izraela zaznaczył ostro i to, że nie można rehabilitować i czcić antysemitów, uczynił to tymi słowami: „Nie wolno rehabilitować i wychwalać antysemitów. Żadne interesy polityczne nie usprawiedliwiają obojętnego milczenia lub niezrozumiałego mamrotania, jeśli chodzi o struktury antysemickie. Przywódcy państw, którzy podzielają antysemickie, rasistowskie lub neonazistowskie poglądy, nie będą mile widzianymi i pełnoprawnymi członkami rodziny narodów świata.”.

Jak zatem w kontekście powyższych wypowiedzi oceniać postawę abp Ihora Woźniaka, który dopuścił się 27 września 2007 r. publicznie poświęcenia pomnika zbrodniarza Stepana Bandery we Lwowie, ale jeszcze nazwał go wzorem do naśladowania. Już od dawna wiadomo, że Cerkiew grecko – katolicka nie tylko akceptuje gloryfikowanie zbrodniarzy spod znaku OUN – UPA na zachodniej Ukrainie, ale nieustannie prosi także Watykan i samego Ojca Świętego Franciszka, by ogłosił błogosławionym Sługę Bożego abp Andrzeja Szeptyckiego. Tymczasem dla historyków i ludzi interesujących się tą podłą osobistością Kościoła nie jest tajemnicą, że ów dostojnik kościelny nie tylko że był zdrajcą II Rzeczypospolitej Polskiej, ale publicznie błogosławił bestię Adolfa Hitlera i armię hitlerowską. To o był Metropolitą Lwowa, gdy miastem wstrząsnęły niezwykle bestialskie, lipcowe pogromy Żydów i Polaków w roku 1941. To on odpowiada moralnie za opieszałość w reagowaniu na napływające, drastyczne wieści z rozpoczynającego się ludobójstwa wpierw na Wołyniu w roku 1943, a potem i na podlegającym jego bezpośredniej władzy Podolu i Pokuciu. Jego straszne błędy i przewinienia można by tu jeszcze mnożyć i mnożyć, lecz nie o nim jest ten wpis. Reasymując czyżby na Ukrainie i w samej Cerkwi grecko – katolickiej powstał szatański plan, by za wszelką cenę przykryć zbrodnie ukraińskich nacjonalistów.

Również Zissels powiedział, że nikt i nigdy nie postawił UPA przed sądem. Czyżby to był jeszcze jeden ślad potwiedzający, taki właśnie demoniczny plan?! 11 października 2016 roku Lwowska Rada Obwodowa (Wojewódzka) zażądała przeprosin od prezydenta Izraela. [Za oskarżenie OUN-UPA o udział w Holokauście]

Tak się złożyło, że często karę dla ludobójców z OUN – UPA, za mordowanie nie tylko Żydów i Polaków, wymierzali Sowieci. Pod poniższym linkiem znajdziecie Państwo film dokumentalny z procesu trzech spośród tych zbrodniarzy, przyznali się do wymordowania i ograbienia kilku tysięcy Żydów i Polaków.

A ci bandyci z OUN – UPA, którzy uniknęli kary śmierci, obecnie są na Ukrainie nazywani bohaterami, niech nas Bóg broni przed takimi bohaterami! Ten film to kawałek historii… . Można zobaczyć, jak wyglądały te potwory przez ich własne, podłe i zbrodnicze czyny, są z wyglądu podobne do ludzi. Oto ten film, który koniecznie trzeba zobaczyć, a potem polecić i innym, by „chwała zbrodniarzy banderowców” nie zagasła po wieki wieków! Film jest po tekście pt. „Нелюди из ОУН-УПА”.

http://obozrevatel.com/blogs/86950-nelyudi-iz-oun-upa.htm

Wielkie podziękowania dla Oksany Sołopy za pracę w przygotowaniu tego materiału oraz dla Pana Wiesława Tokarczuka z Krakowa, od którego opis procesu i film otrzymałem, by się nim dzielić z każdym kto szuka prawdy. (S. T. Roch)


Papieżu Franciszku, gdy Maksymilian Kolbe… – wpis z 31.07.2016 r.


Wpis z dnia 05.05.2016 r.

niepokorni_20160505_1

niepokorni_20160505_2

niepokorni_20160505_3

niepokorni_20160505_4



Wpis z dnia 25-04-2016 r.

niepokorni_20160425_1 niepokorni_20160425_2 niepokorni_20160425_3 niepokorni_20160425_4 niepokorni_20160425_5



Strzeżcie się nienawistni Polacy nieczyste psy…  – wpis z dnia 21.03.2016 r.


Wpis z dnia 13.03.2016 r.

niepokorni_20160313_1 niepokorni_20160313_2 niepokorni_20160313_3 niepokorni_20160313_4 niepokorni_20160313_5 niepokorni_20160313_6 niepokorni_20160313_7



Wpis z dnia 16.02.2016 r.

niepokorni_20160216_1 niepokorni_20160216_2 niepokorni_20160216_3 niepokorni_20160216_4 niepokorni_20160216_5 niepokorni_20160216_6 niepokorni_20160216_7



Wpis z dnia 12.12.2015 r.

niepokorni_20151212_1 niepokorni_20151212_2



Inne wpisy:

niepokorni_wpis_1_1 niepokorni_wpis_1_2


niepokorni_wpis_2_1 niepokorni_wpis_2_2 niepokorni_wpis_2_3



Tragiczne wspomnienia Kresowianki z Anglii.

Witam i pozdrawiam serdecznie z Watford k. Londynu. W załączniku przesyłam piękne i niezwykle ważne wspomnienia Pani Adeli Roch z d. Rusiecka z kolonii Teresin w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1935 – 1947. Proszę o lekturę i opublikowanie na swojej stronie (jeśli to możliwe), by pamięć o ofierze Kresowian, nigdy nie zagasła, ale by trwała w skarbnicy narodowej, także następnych pokoleń. Oto fragment tych wspomnień:

„[…] I chociaż bardzo to przeżywał, powoli przyszedł do siebie i gdy razem opuściliśmy kościół, zaraz jeszcze przy świątyni, zaczął nam na gorąco opowiadać, co się wydarzyło w jego domu, a mówił tak: „Nad ranem przed wschodem słońca, Ukraińcy napadli na nasz dom. Złapali moją mamę i zaczęli bić na podwórzu. Ja i moja żona Teofila siedzieliśmy w piwnicy na polu, tak że wszystko dobrze widzieliśmy z ukrycia. Fila bardzo kochała moją mamę i nie mogła patrzeć, jak się nad nią znęcają, jak ją tak bezkarnie maltretują. Miała nadzieję, że ponieważ jest w ciąży, to jej Ukraińcy krzywdy jakowejś nie zrobią, więc odważnie wyszła ze schronu. Poszła do nich wprost bronić mamy, wstawić się za nią i prosić o jej ocalenie. Tymczasem Ukraińcy wcale z nią nie rozmawiali, ale od razu zaczęli i ją mordować. Na początek rozkrzyżowali i bestialsko, leżącej na ziemi, wbili jej w brzuch pal, powyżej dziecka. Następnie postanowili jeszcze trochę nią  zakręcić i zaczęli obracać ją na tym palu, trzymając za ręce i nogi, zrobili z niej taki kierat.
Po kilku nieludzkich obrotach, zostawili tak ciało żony i odeszli. Wszystko to widziałem na własne oczy z ukrycia. Matkę oczywiście też zamordowali. Kiedy ci zwyrodnialcy odeszli, ostrożnie podeszłem do najdroższych mi osób i byłem przerażony, gdy zobaczyłem, że te nienarodzone dzieciątko, jeszcze w niej żyło i bardzo się tłukło, bardzo się rzucało. (Staszek w tym momencie się rozpłakał i przez gorzkie łzy raz jeszcze dodał) To straszne. To straszne. Ja już nie chcę więcej o tym mówić, a dajcie wy mi spokój.”
. Zapytałyśmy jeszcze tylko, co się stało z resztą jego rodziny,  ale on już tylko krótko rzucił: „A ja nie wiem, chyba wybici, jak nie wrócą!”. Po tych słowach odszedł powoli i już więcej nigdy go nie widziałam. […]”.

Adela Roch z d. Rusiecka

                                                                                  Z poważaniem

Sławomir Tomasz Roch

 

Pokuta a nie watykańskie honory dla łotra abp Andrzeja Szeptyckiego ze Lwowa

link do artykułu

 

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save