Alfred Tomaszewski

BRZEŻAŃSKI RÓŻANIEC

Nanizałem paciorki pamięci
na sznur
Brzeżańskiego różańca.
Szmer wody przy młynie.
Rechot żab w szuwarach.
Wiersz Adama Palczaka.
Turkot chłopskiej furmanki.
Zgarbiona postać Mamy
z sierpem przy żniwach.
Kamienny krzyż na rozstaju.
Bernardyn wyniosły na stoku.
Gimnazjum w zadumie bezkresnej.
Farny kościół na zboczu.
Dom rodzinny w dolinie.
Wdowi grosz na ołtarz w Brzeżanach.
Paciorki różańca przebieram palcami.
Modlę się do ruin zamku.
Zranionych aniołów.
Do zmarzniętego Chrystusa na krzyżu,
w alejach cmentarnych.
Latarni gazowych na ulicach miasta,
dawno wygasłych.
Paciorki różańca pamięcią wiązane,
przebieram palcami.
Modlę się do moich gęsi,
szczypały po nogach.
Stawu w porannej mgle śniącym.
Szczebiotu jaskółek.
Dziewczyny, warkoczami
babiego lata strojonej.
Modlę się
do pamięci zapomnianej.

KATARYNKA

Na grobli w Brzeżanach
Stary Żyd gra na katarynce.
Kręci korbą, schylony nad skrzynką.
Łysa małpka na sznurku.
Ktoś rzucił grosik do mycki,
Ktoś przeszedł pośpiesznie.
Ktoś przystanął w zadumie.
Melodie w kółko te same.
Wojenko, wojenko cóżeś ty za Pani ?
Hej strzelcy wraz. Ułani malowani.
Pójdę do dziewczyny, zapytam się.
Katarynka chrypiała, bo stara.
Melodie codziennie te same.
Katarynka i małpka w pamięci.
Wojenko, wojenko cóżeś ty za Pani ?

REQUIEM MEMU PSU

W Brzeżańskim stawie
Usnęło niebo.
Zmęczone udźwigiem gwiazd.
Nad Brzeżański staw
Przybiegł pies przybłęda.
Polizał chłopcu twarz.
Zamieniliśmy się sercami.
Oddałem swoje ludzkie.
Otrzymałem psie.
Moje serce skomle.
Wzywa nad stawu brzeg.
Wołam psa przybłędę.
Podarował serce.
Psie.

GOGUNIA.

Do Mamy przyjechałem późno wieczorem.
Ostatni nocny pociąg.
Pusty peron.
Parę osób wysiadło z wagonu.
Sierpień. Nocny chłód.
Od stacji do Mamy, wzdłuż torów,
kilkaset metrów.
Przy furtce Mama. Oczekiwała.
Za mną drugi rok studiów.
Miesiąc praktyki.
Parę dni u Mamy i znów uczelnia.
Ta sama przytulna kuchnia.
Otwarte okno.
Łagodny wiatr.
Pachnie ziołami, mamałygą
i sosnowym lasem.
Nieodłączna mamałyga. Z mlekiem,
doprawiona szczyptą cukru.
Obok schodów piec chlebowy.
A przy nim
okrągły wiklinowy kosz,
a w nim, w głębokim śnie,
białe gęsisko.
Dziób wetknięty pod skrzydło.
„Nie budż – to Gogunia…”
Szepnęła Mama.
Rano Gogunia już czekała.
Biała dorodna gęś.
Zaciekawione. Mądre oczka.
„Przywitaj się” – rzekła Mama.
Wręczyła szklankę z ziarnami kukurydzy.
Złoto – perłowy odblask.
Przyklękłem. Gogunia przysiadła.
Z ręki wydłubywała ziarna kukurydzy.
Swoim dziobem, jak sekatorem,
delikatnie
obszczypywała policzki, nos, uszy
i coś naszeptywała.
Głaskałem po dziobie,
Puchową główkę przytulałem do twarzy.
Zauroczenie.
Mama szczęśliwa.
Gogunia krok w krok za mną.
Główka do głaskania z każdej strony.
Wciąż prowadziła do furtki,
Wzywała do wyprawy na okoliczne łąki.
A moje myśli na kąpielisku.
Tak dawno nie widziałem Przyjaciół
i tej tak bliskiej sercu Dziewczyny.
Z kąpieliska wróciłem
póżnym popołudniem.
„A gdzie Gogunia ?”
Zapytała z troską Mama.
Głęboka przykrość dla Mamy.
Przepadła jej radość.
Kochana Gogunia.
Pobiegliśmy na nasze pole.
Przez tor kolejowy obok sadu,
dalej polną drogą.
Wołaliśmy:
Gogunia ! Gogunia !
A nasza Gogunia pasła się na łące.
Usłyszała.
Rozbiegła się. Zamachała skrzydłami.
Donośnie zagęgała.
Pędziła na spotkanie.
Chwyciłem Gogunię w locie.
Niosłem na rękach.
Gogunia swoim dziobem,
delikatnie, jak sekatorem,
obszczypywała policzki, nos i uszy.
Naszeptywała swoje tęsknoty.
„Dlaczego nie poszedłeś ze mną ?…”
Pytała.
Opowiadała:
Tęcza płonęła po deszczu przelotnym.
Tańczyłam z wiatrem w duecie.
Arię śpiewałam dziękczynną.
Nie słyszałeś… ?
Gęsi śpiewają…!
Nie słyszałeś… ?”
Tak Goguniu…
Gęsi przecudownie śpiewają i tańczą.
Wiem o tym.
Dlaczego
nie odczarowałem Ciebie ?

REQUIEM MOJEJ MAMIE.

Rynek. Ratusz z zegarem.
Sklep żydowski ubogi.
Handel prosty. Wymienny. Masło. Mleko. Śmietana.
Nafta. Cukier. Zapałki. Kilka groszy do ręki.
Oszczędzała Mama. Grosz do grosza zbierała
W świecie groszowym. Z nie groszowymi problemami.
Cieszyła się Mama porannym słońcem.
Bezkresnym łanem pszenicy. Miłością gęsi i kaczek.
Swoim światem groszowym
Z nie groszowymi problemami.
Późny sen. Wczesny świt. Widły. Gnój.
Letni skwar. Słota. Mróz.
Sybir w nagrodę.
Chłopska dola Mamy w świecie groszowym
Z nie groszowymi problemami.
Na rozstaju dróg krzyż kamienny biały.
Jabłoń płonie wiosną.
Miałem Mamę nie groszową,
Ale Ona o tym nie wiedziała.


POŻEGNANIE BRZEŻAN

Weź mnie za rękę.
Drogą słoneczną tęczową
zaprowadź do Brzeżan.
Na nieboskłonie turkot gromów.
Na furmance Bóg jedzie do młyna.
Zmiele zboże.
Rozda głodnym po kawałku chleba.
Dom rodzinny. Mama sypie ziarno kurom.
Gwar gęsi i kaczek.
Stoję obok. Ale mnie tam nie ma.
Błądzę w krainie luster. Odbicie stawu i miasta.
Tak trudno wracać w samotne dzieciństwo.
Krzyk gęsi. Gęgot radosny.
Szczypały po nogach.
Nie ma moich gęsi.
Szczekanie psa przybłędy.
Pędzi na spotkanie.
Nie pogłaszczę.
Mama woła na śniadanie.
Mamałyga z mlekiem.
Nie przyjdę.
Mnie tam już nie ma.


BRZEŻAŃCZYKOM, KTÓRYCH NIE ZNAŁEM

Na starych fotografiach postacie,
których nie znałem.
Poszedłem do domu po drabinę.
Dolny koniec oparłem o brzeg stawu.
Górny o krawędź nieba.
Na niebiańskiej łące chatka pod strzechą.
Drzwi otwarte. Zapukałem. Wszedłem.
Dobry Bóg przy kominku spożywał wieczerzę.
Gwiezdny pył omaszczony wiatrem.
Zapytałem sędziwego Boga. Czy pamięta
Tych, których nie znałem, z Utraconego Miasta ?
Bóg spojrzał przez okno na Miasto.
Staw. Wzgórza. Lasy. Doliny.
Ulice płonące latarniami. Cmentarne krzyże. Obeliski.
Otarł łzę rękawem.
Odniosłem drabinę do domu.
Ale mego domu już nie było.
Na starych fotografiach Postacie, których nie znałem.
Idą ulicami Miasta. Śmiech. Gwar.
Śpieszą do swoich domów.
Wpatruję się w ich twarze.
Ocieram łzy rękawem.